SOCJOLOGIA - HISTORIA - POLITOLOGIA
Pierwsza ofiara antypirackiego prawa 2012-01-27 10:50

Jak podaje serwis gazety „Dziennik” mamy już pierwszą ofiarę antypirackiego prawa. Szczęśliwym wybrańcem losu okazał się dwudziestotrzyletni Richard O’Dwyer, którego zbrodnią było prowadzenie strony internetowej TVShack. Od razu warto uprzedzić, że broń Boże nie chodziło tu o rozprzestrzenianie pornografii, filmów pirackich, czy w ogóle czegokolwiek.


Na prowadzonej przez brytyjskiego studenta umieszczane były linki do innych stron, na których można było obejrzeć programy telewizyjne dostępne w Internecie (sic). Jak się okazuje, udostępnianie takich materiałów jest nielegalne, a jak podaje brytyjski dziennik „Daily Telegraph” wspomnianemu Richardowi grozi za to nawet do 10 lat więzienia. Sprawa wygląda tym bardziej poważnie, że o aresztowanie O’Dwyera wystąpili amerykańscy prokuratorzy, natomiast rząd brytyjski bez wahania zgodził się na ekstradycję swojego obywatela.


W kontekście tej sprawy można domyśleć się, że tak naprawdę większość rzeczy obecnych obecnie w sieci w jakimś stopniu jest nielegalna, a takie sposoby komunikacji i wymiany danych jak torrenty, rapidshare, emule, chomik, straming TV, youtube, nawet tak naprawdę wyszukiwarka Google mogą okazać się nielegalne.


Twórcom prawa antypirackiego wypada złożyć najserdeczniejsze gratulacje! 


Komentuj [0]


W krainie absurdu. Budowa autostrad na Euro 2012 2012-01-27 10:12

Mistrzostwa Europy w piłce nożnej zbliżają się już wielkimi krokami, tymczasem docierają do nas kolejne informacje mówiące o tym, że w trakcie imprezy tak naprawdę żadne miasto, będące gospodarzem rozgrywanych meczy nie będzie połączone z innym takim miastem autostradą bądź też drogą szybkiego ruchu. Co więcej, wiele wskazuje, że Polska pozostanie tez izolowaną wyspą komunikacyjną, ponieważ brak będzie wystarczających połączeń drogowych z innymi państwami.


Wczoraj mogliśmy się np. dowiedzieć o kolejnych problemach z budową autostrad, tym razem na odcinku A1 prowadzącym do naszych południowych sąsiadów. Okazuje się, że… budowana trasa rozpada się zanim jeszcze została zbudowana (sic!). Problem polega na tym, że pęka cement  na spojeniu lin utrzymujących konstrukcję. Wprawdzie inwestor czyli Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zaklina się, że konstrukcja mostu jest bezpieczna i nie grozi katastrofą, jednak sam wykonawca budowy, austriackie konsorcjum Alpine wskazuje na istnienie poważnej usterki konstrukcyjnej. Ich zdaniem przyczyną awarii jest błędny projekt mostu, na co zwracano uwagę już… trzy lata temu, ale GDDKiA upierała się, że projekt jest rewelacyjny i nie powinno być żadnych problemów. Profesor Jan Biliszczuk opisując wspominane przez Alpine błędy w projekcie stwierdził: „Moim zdaniem (błędy w projekcie – red.) są poważną wadą mostu i stąd awaria 22 grudnia. Nawet gdybyśmy dali na mszę, to musi strzelić. Prawa natury są nieubłagane. Na pewno poziom bezpieczeństwa jest niewystarczający, to jest obiekt podwyższonego ryzyka”.


Sytuacja zaczyna stawać się krytyczna, ponieważ zbliża się moment próby obciążeniowej, aby sprawdzić, czy konstrukcja wytrzyma  wystarczająco duże obciążenie. O tym, że z mostem jest coś nie tak, najlepiej świadczy fakt, że najprawdopodobniej zamiast tradycyjnych ciężarówek, jadących przez most zastosowane zostaną układane przez dźwig płyty. Wykonawca budowy po prostu boi się, że konstrukcja zawali się pod naporem ciężarówek. Ot i taka prawda o polskiej drogowej rzeczywistości, lepiej aby droga zawaliła się pod naporem pojazdów eksploatujących ją niż w czasie prób obciążeniowych, kiedy nikomu nie będzie groziło niebezpieczeństwo. No ale co robią pieniądze… Pytanie tylko kto będzie odpowiadał w przypadku, gdy rzeczywiście dojdzie do nieszczęścia, bo na pewno zarówno GDDKiA jak i Alpine będą na siebie nawzajem zrzucać odpowiedzialność i obie strony będą dobrze kryte, współuczestnictwem w czystym absurdzie. Najpewniej skończy się tak, że koniec końców nikt nie poniesie odpowiedzialności, jak to zwykle u nas, a ewentualne ofiary zostaną pozostawione same sobie. 



Komentuj [0]


ACTA. Kompilacja absurdów polskiej "demokracji" 2012-01-26 07:57

 Niechlubne dziecko polskiej prezydencji


Przykro to powiedzieć, ale całe obecne zamieszanie z głośną sprawą podpisania przez Polskę porozumienia ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) jest owocem właśnie polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Rada Unii Europejskiej, której przewodniczyliśmy przez ostatnie pół roku podjęła decyzję o podpisaniu tego porozumienia na posiedzeniu w dniach 15­-16 grudnia 2011 roku. Dokument został przygotowany w bardzo dziwnym pośpiechu, a co ważniejsze de facto w tajemnicy bez prowadzenia jakichkolwiek konsultacji społecznych ani eksperckich. Pozwoliłyby one na uwzględnienie interesów szerokich mas społecznych, ale także wychwycenie błędów, nieścisłości, nadużyć, które siłą rzeczy musiały znaleźć się w tak złożonym dokumencie. Problem jednak w tym, że unijny proces legislacyjny od dłuższego już czasu ignoruje głos społeczeństwa, a organy administracji unijnej tak naprawdę żyją własnym życiem, tworząc państwo w państwie.


 


Brak dialogu władzy ze społeczeństwem


Apriorycznie przyjęto, że porozumienie oficjalnie skierowane w piratów internetowych, jest doskonałe i korzystne dla gospodarki, twórców, wynalazców, w ogóle dla wszystkich. Co więcej, także po zawarciu porozumienia polski rząd nie pofatygował się w żaden sposób do poinformowania własnego społeczeństwa o wprowadzeniu zmian w tak kluczowej dziedzinie, jaką jest Internet. Nikt nie miał ochoty przeprowadzenia szerszej kampanii informacyjnej, czym tak naprawdę owo porozumienie ACTA jest, co się z nim wiąże, jakie konsekwencje będzie miało jego wprowadzenie w życie. Jak w wielu innych sprawach, tak i tym razem rząd był przekonany, że może totalnie ignorować społeczeństwo, mając do dyspozycji przyjazne media, które nie będą szczególnie się sprawą interesowały, ani tym bardziej naciskały na władze.


 


Hakerzy niczym legendarny Zorro


I najprawdopodobniej wszystko poszłoby po myśli naszego kochanego rządu i udałoby się po cichu przepchnąć tę sprawę, gdyby nie niespodziewana akcja zorganizowana przez grupę hakerów. Do czego to doszło, aby „internetowi terroryści” musieli niczym legendarny Zorro stawać w obronie praw i interesów zwyczajnych obywateli przed zachłannością i arogancją władzy politycznej, która w dodatku ośmiela się nazywać „obywatelską”? Być może porównanie jest trochę zbyt mocne, ale myślę jednak, że w pewnym sensie adekwatne. Ogromna część społeczeństwa dowiedziała się o całej historii z podpisaniem ACTA przez Polskę dopiero po ataku tej grupy na strony najwyższych organów władzy państwowej i nadaniu przez nią komunikatu w tej sprawie. A przecież decyzja o podpisaniu tego porozumienia zapadła przeszło miesiąc wcześniej! Gdzie w tym czasie były polskie media? Dlaczego sprawa nie została nagłośniona wcześniej? Nie jest przecież możliwe, aby media, dysponujące rozgałęzioną siecią kontaktów, informatorów, prawników, nie zdawały sobie sprawy z tego, co jest przygotowywane!


 


Fikcyjność eurodemokracji


A jednak mleko się rozlało, sprawa wyszła na jaw, społeczeństwo dowiedziało się o planach przygotowywanych przez polityków. Co bardziej śmieszne, jak się okazało, o tych planach dowiedzieli się także sami politycy. Jakże symptomatyczne są tu wyznania Marka Migalskiego, który z rozbrajającą szczerością przyznaje, że tak naprawdę głosował za przyjęciem ACTA, ale nie wiedział co to oznacza. Akurat w to jestem w stanie uwierzyć, albowiem nie jest żadną tajemnicą, że działalność Parlamentu Europejskiego jest jedynie listkiem figowym, pod którym faktyczni unijni decydenci ukrywają prawdziwe oblicze współczesnej europejskiej demokracji. Rzecz w tym, że europarlament jest zwyczajne zalewany setkami ustaw i rozporządzeń i nie ma fizycznej możliwości, aby deputowani mogli się z nimi zapoznać, nie mówiąc o tym, aby wiedzieli dokładnie o co w nich chodzi. Dlatego właśnie Parlament Europejski jest tak naprawdę fikcją, a prawdziwą władzę posiadają ci, którzy kolejne kartony ustaw podrzucają pod głosowania.


 


Niebezpieczeństwo wylania dziecka z kąpielą


Tymczasem jak ostrzega Anna Rymsza z portalu dobreprogramy.pl ACTA jest dokumentem chroniącym przede wszystkim interesy wielkich firm, a nie prawa obywateli. Co więcej, zawiera przepisy, które przy luźnej interpretacji za przestępców internetowych będą mogli być uznani nawet… dziennikarze. Poza tym przepisy ACTA zaprzęgną do walki z przestępczością internetową operatorów, co z kolei będzie mogło przełożyć się na blokowanie usług internetowych oraz monitorowanie aktywności użytkowników w sieci. To z kolei będzie jednoznaczne z ograniczeniem komunikacji internetowej oraz naruszaniem prywatności abonentów, a zatem przekreśleniem fundamentalnych idei powstania Internetu. Warto zapoznać się tez z pismem jakie do ministra Michała Boniego wystosował dr Wojciech Wiewiórski Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, który punktuje wszystkie pokrętne tłumaczenia i wypowiedzi ministra cyfryzacji. Wskazuje też, że porozumienie ACTA może okazać się nawet sprzeczne z postanowieniami Konstytucji RP, oraz może stworzyć precedens umożliwiający omijanie polskiego prawa przez przepisy unijne. Podkreśla także, że porozumienie uderza w prawa obywatelskie, a przede wszystkim w fundamentalne prawo do wolności słowa. Być może faktycznie przesłanką do ustanowienia takiego porozumienia była szczytna walka z przestępczością internetową, z piractwem dokonywanym w sieci itp., ale wszystko wskazuje na to, że jak często w takich przypadkach dojdzie do wylania dziecka z kąpielą. Piraci internetowi prędzej czy później znajdą sposoby aby omijać ograniczenia, nielegalny obrót danymi będzie kontynuowany, albowiem sieć internetowa ma to do siebie, że tak naprawdę nie sposób ją w pełni kontrolować, no chyba, że się ją w ogóle zablokuje. Czyli de facto stracić mogą najwięcej ci, którzy będą najmniej winni, zwykli użytkownicy, którzy faktycznie może od czasu do czasu coś ściągną z Internetu, ale w skali niepozwalającej na nazwanie tego problemem.


 


Prawda o bezbronności polskiego państwa


Jednak akcja wymierzona przez hakerów w polski rząd odsłoniła prawdę nie tylko na temat samego porozumienia ACTA. Mogliśmy się naocznie przekonać, że najważniejsze instytucje w naszym państwie tak naprawdę absolutnie nie są chronione przed atakiem w cyberprzestrzeni, co w dzisiejszych czasach wydawałoby się sprawą priorytetową. Jak inaczej nazwać sytuację, w której grupa hakerów w kilka dni blokuje lub przejmuje kontrolę nad stronami takich instytucji jak: Sejm, Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Premiera, Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Obrony Narodowej, a nawet Policji i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Mijają kolejne dni a władze naszego państwa nie są w stanie poradzić sobie z tym atakiem, co jednak nie przeszkadza im w dalszym ciągu bagatelizować problemu. A problem zdaje się być dramatyczny, o czym najlepiej świadczy fakt, że do ataku przyłączyła się także Polish Underground, niezwiązana z Anonymous. Grupa ta dodatkowo zagrała na nosie naszym władzom, upubliczniając w sieci komunikat takiej treści: „Takie były dane do panelu administratora LOGIN: admin HASŁO: admin1”. Wystarczyło wpisać te słowa, aby w pełni legalnie mieć możliwość administrowania Kancelarii Premiera (sic!). Okazuje się zatem, że najważniejsze strony internetowe w naszym państwie nie są w żaden sposób chronione. Ekspert laboratorium informatyki śledczej Mediarecovery Zbigniew Engiel wypowiada się o tym w sposób jak najbardziej dyplomatyczny: „Łatwość, z jaką padają strony internetowe, wskazuje, że nie są one zabezpieczone w sposób właściwy”.


I tu w mediach powinno aż grzmieć na ten temat, tymczasem jest raczej cicho i głucho. Ale zostawmy to na boku i samy pomyślmy, jak to jest możliwe, że w dzisiejszym świecie, w którym prawie żadna kwestia publiczna nie dzieje się z pominięciem sieci internetowej, administracja państwowa żyje w stanie totalnej, może i błogiej, ale jednak katastrofalnej nieświadomości. Czy naprawdę jest możliwe, aby w środowisku decydentów politycznych nikt nie myślał o czymś takim jak zabezpieczenie stron najważniejszych państwowych instytucji? Nie, to nie jest możliwe i w rzeczywistości tak też nie było. Już w 2009 r. na coraz większe zagrożenie atakami hakerskimi na państwowe instytucje zwracała uwagę ABW. W tym też roku przygotowano stronę internetową Prezydenta RP, której obsługa w samym tylko 2010 roku miała kosztować około 350 tys. zł. Przygotowano ramowe założenia na lata 2011­2016 mające na celu przygotowanie programu obrony cyberprzestrzeni III RP. Rok później program ten został uzgodniony w ramach konsultacji międzyresortowych, ale tak naprawdę dalsze prace utknęły. W 2011 roku projekt zamiast ruszyć tak naprawdę zapadł się w głębokie bagno, w którym znajduje się dzisiaj, a efekty tego stanu możemy wszyscy oglądać dzisiaj.


W obliczu obecnej sytuacji, w momencie kiedy okazuje się jak bezbronne jest polskie państwo brakuje mi  kolejnego krzepiącego wystąpienia naszego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ileż to już razy wlewał w nasze serca radość i nadzieje z wspaniałych dokonań naszej organizacji państwowej. Nie sposób wymazać z pamięci słowa jakie wypowiedział Komorowski w dniu katastrofy smoleńskiej stwierdzając, że Polska zdała egzamin. W przecież mieliśmy do czynienia z tym, co się dzieje, kiedy państwo znajduje się w stanie ewidentnego rozkładu. Nie sposób też zapomnieć o tym, kiedy w dniu awarii samolotu pasażerskiego na Okęciu prezydent chwalił sprawność funkcjonowania polskiego systemu jako całości. A przecież kilkuset pasażerów zawdzięczało życie tylko i wyłącznie wybitnym umiejętnościom pilota Tadeusza Wrony, natomiast system po prostu nawalił. Tak i dzisiaj, myślę, że ciągle brakuje jakiegoś kolejnego orędzia prezydenckiego chwalącego system, struktury i w ogóle wszystko co się da.


 


Prawda o zakłamaniu, zagubieniu i infantylności polskich polityków


Dzięki akcji hakerów mogliśmy też lepiej poznać prawdziwe oblicze czołowych polityków partii rządzącej. Rzecznik rządu Paweł Graś bez mrugnięcia okiem kłamał przed kamerami, że problemy z rządowymi stronami nie wynikają z ataku, ale z dużego zainteresowania witryną i dużej liczby wejść. Zaraz po tym jak rzecznik rządu wydał takie oświadczenie hakerzy zablokowali też jego stronę, tak aby już nikt nie mógł podejrzewać, że padnie z powodu zbyt dużego zainteresowania. Jakie można mieć zatem zaufanie do rządu, którego rzecznik w sposób bezczelny i głupi okłamuje społeczeństwo? Skoro kłamał w tej sprawie, to najprawdopodobniej kłamał i w innych, co z kolei oznacza pogłębiającą się alienację władzy od społeczeństwa.


Tak samo Minister Cyfryzacji Michał Boni jeszcze 22 stycznia bagatelizował sprawę, twierdząc, że tak naprawdę nic poważnego się nie strało. Ale już kolejnego dnia, kiedy padały kolejne strony rządowe i nie tylko, sugerował, że możliwe będzie odsunięcie w czasie podpisania przez Polskę porozumienia ACTA, w celu przeprowadzenia dodatkowych konsultacji społecznych i eksperckich. Tymczasem już następnego dnia, po odbyciu narady u premiera Donalda Tuska wypalił, że jest już za późno na to, aby Polska tego porozumienia nie podpisała. Zaczął się wykręcać, że wprawdzie porozumienie trzeba będzie podpisać, ale będą zabiegać o to, aby znalazła się w nim dodatkowa… klauzula. Jaka klauzula? Przez kogo opracowana? Przez kogo konsultowana? Kiedy zatwierdzona i przez kogo? Tego już minister Boni nie wyjaśnia, ponieważ sam przecież ma świadomość tego, że gada zwyczajne głupstwa. Nie ma przecież możliwości dopisywania żadnych dodatkowych klauzul od tak, z dnia na dzień, do umów międzynarodowych. To wiedzą nawet małe dzieci, należy zakładać, że minister administracji też wie, ale przecież wygodniej jest kłamać i czekać na rozwój wypadków, niż przyznać się do kompromitacji.


W całym tym zamieszaniu ośmieszyć zdążył się również Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski, który przechwalał się, że jego strona jest skutecznie broniona przez najlepszych na świecie ekspertów. Na swoim Twitterze drwił sobie z hakerów: „Dziękuję panom hakerom za test strony MSZ. Kolejny atak odparty po kilkudziesięciu minutach. Tylko ćwicząc można usprawnić procedury”. Skończyło się to tak, że także strona MSZ została zaatakowana i przejęta. W tym epizodzie całej tej historii ujawniła się ignorancja szefa MSZ, ale także jego infantylny charakter, niepoważne podchodzenie do spraw publicznych, brak jakiejkolwiek rozwagi czy elementu refleksji w wypowiadanych słowach, co w przypadku człowieka odpowiadającego za polską dyplomację i stosunki międzynarodowe jest aż nadto kompromitujące.


 


Prawda o polskich mediach mainstreamowych


Obecna sytuacja oraz powstające zamieszanie pozwalają też lepiej przyjrzeć się temu, w jaki sposób działają mainstreamowe media, w jaki sposób funkcjonuje symbioza między najważniejszymi ośrodkami opinio twórczymi a obozem władzy politycznej. Całe zamieszanie wynikające z deklaracji podpisania przez Polskę porozumienia ACTA oraz atakiem grupy hakerów na strony najważniejszych instytucji państwowych od początku było usilnie marginalizowane i bagatelizowane przez media. Dopiero kiedy poziom napięcia w społeczeństwie oraz rosnącego wzburzenia ignorancją władzy wobec opinii społecznej urósł do niemożliwego do przykrycia poziomu zaczęto szerzej o tym mówić. Ale i też pojawiły się pomocne głosy wspierające rząd i biorące go w obronę, jak chociażby słynne już wypowiedzi Zbigniewa Hołdysa.


Media nie pierwszy raz stają na głowie, aby przyjść z obronną ręką politykom, którzy z braku elementarnej wyobraźni i przyzwoitości wpadają w tarapaty. Ileż to już razy, dzięki intensywnej akcji propagandowej, która bez medialnego wsparcia byłaby absolutnie niemożliwa rząd wychodził cało z potężnych poślizgów, w które wpadł z powodu nieostrożnej jazdy. Czyż nie tak było w przypadku katastrofalnego zamieszania na kolei za rządów Cezarego Grabarczyka? Czyż nie tak było w przypadku stworzenia gigantycznego zamieszania w sprawie pójścia sześciolatków do szkół przez Katarzynę Hall? Czyż nie tak było w przypadku skandalicznego śledztwa w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej? Czyż nie tak było w przypadku tragicznego stanu przygotowań polskich dróg i kolei na Euro 2012? Czyż nie tak było w przypadku ukręcenia głowy aferze hazardowej i uniewinnienia Mirosława Drzewieckiego i Zbigniewa Chlebowskiego? Czyż nie tak było w przypadku skandalicznie niskiego wyroku w sprawie sprawców stanu wojennego? Czyż nie tak było w przypadku przetrącenia idei lustracji polityków? Czyż nie tak było w przypadku potężnego zamieszania związanego z wprowadzeniem ustawy refundacyjnej autorstwa Ewy Kopacz? Czyż nie tak było w przypadku gwałtownego wzrostu zatrudnienia w administracji publicznej, wzrostu zadłużenia Polski i ukrywania tego zadłużenia za pomocą kreatywnej księgowości Jacka Rostowskiego? Czyż nie tak było w przypadku zawłaszczenia przez koalicję rządzącą i SLD kontroli nad mediami publicznymi i obsadzenia najważniejszych stanowisk swoimi ludźmi? Czyż nie tak było w przypadku problemu rosnącej inflacji i galopujących cen paliw? Czyż nie tak było w przypadku kompromitującego szukania słynnego katarskiego inwestora ratującego polski przemysł stoczniowy? Itd. itp. Takich przykładów, sfer w których dochodziło do kolejnych ewidentnych kompromitacji polityków rządzącej partii można byłoby wymieniać bez liku, praktycznie w nieskończoność. A mimo to, dzięki potężnemu wsparciu ze strony mediów PO w dalszym ciągu przedstawiana była jako partia doskonała.


 


Prawda o ignorancji władzy


Pożytek z całej afery jest również taki, że coraz większa część społeczeństwa może odczuć w sposób bardzo dosadny rosnąca ignorancję naszej władzy. To, o czym dotychczas pisali stosunkowo nieliczni, najczęściej sympatyzujący z polityczną opozycją, ewentualnie ci wszyscy, którzy potrafią wznieść się ponad serwowaną codziennie prymitywną propagandę medialną, dzisiaj widzą i rozumieją także inni. Swego czasu na de motywatorach pojawił się obrazek przedstawiający wykres pokazujący obawy dzisiejszej młodzieży. Słupki wizualizujące obawy przed kryzysem gospodarczym lub wojną były zadziwiająco niskie, podczas gdy słupek przedstawiający obawy przed problemami z Internetem wyrastał daleko, daleko w przestrzeń. Dzisiaj widzimy jak wiele było w tym prawdy. Ale władza przez lata karmiona przez media przekonaniem o własnej nieomylności i niemożności utraty zaufania swoich wyborców, doszła do wniosku, że może pokusić się także i o to, także i o kontrolę nad siecią. Sposób, w jaki rządzący ignorują dzisiaj głos opinii społecznej, głos licznych ekspertów, głos dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Wiktora Świetlika, głos Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych Wojciecha Wiewiórskiego jest zatrważający.


W tym momencie warto przypomnieć sobie, z jaką determinacją rządząca Warszawą Hanna Gronkiewicz­Waltz upierała się przy uzależnieniu decyzji u uczczeniu pamięci poległych pod Smoleńskiem od wyniku sondażu przeprowadzonego wśród mieszkańców stolicy. Wtedy zasłaniano się płaszczykiem demokratyzmu, społeczeństwa obywatelskiego itp. Dlaczego zatem dzisiaj nikt nie pofatygował się z przeprowadzeniem ogólnonarodowego referendum, w kwestii tak istotnej dla wszystkich użytkowników sieci internetowej? W tym wszystkim ujawnia się właśnie cała hipokryzja rządzących, zasada, że demokracja jest fajna, ale tylko wtedy, gdy wspiera jej działania. Ale kiedy jest inaczej, to można machnąć na nią ręką. Nawet w takiej sytuacji, kiedy w praktycznie wszystkich większych polskich miastach zbierają się liczne demonstracje przeciwko ACTA, rządzący idą w zaparte i wmawiają społeczeństwu, że najpierw się podpisze, a później będzie się negocjować. Każdy chyba przyzna, że dość pokrętna to logika działania.


 


I pozostaje teraz kolejne pytanie, co się stanie w przypadku dalszych ataków hakerów na strony polskich instytucji. Czy zostaną opanowane, czy skala problemu ulegnie eskalacji, jakie będą dalsze decyzje polskich władz? Może nie byłoby to tak palącym problemem do rozważania, gdyby nie fakt, że przecież we wrześniu ubiegłego roku nasz prezydent podpisał nowelizację ustawy pozwalającej na wprowadzenie stanu wyjątkowego i wojennego w przypadku właśnie cyberataku, takiego z jakim mamy do czynienia obecnie. Dodajmy jeszcze do tego, że przecież cały czas trwają prace nad nowelizacją ustawy o zgromadzeniach publicznych dające większe uprawnienia administracji i służbom porządkowym. Swego czasu krytykowano w czambuł PiS jako partię budującą państwo policyjne i zwalczającą wolności obywatelskie. A co dziś można powiedzieć o polityce obecnego rządu? Czy jako społeczeństwo obudzimy się, jak to już nieraz bywało, dopiero z ręką w nocniku?


Komentuj [0]


Karta z kalendarza. Rocznica podpisania traktatu rozbiorowego 2012-01-23 16:00

W dniu dzisiejszym przypada mało zaszczytna data podpisania przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma II oraz carycę Rosji Katarzynę Wielką traktatu rozbiorowego, na mocy którego znaczna część polskich ziem wschodnich została włączona do Imperium Rosyjskiego a Wielkopolska i Kujawy zostały wchłonięte do Prus. Wydarzenie to stanowiło bezpośrednią konsekwencję fiaska polityki prowadzonej przez stronnictwo magnackie oraz całkowicie już w tym czasie zagubionego króla Stanisława Augusta. W ciągu niespełna roku od podpisania niezwykle postępowej, jak na owe czasy, Konstytucji 3 Maja stronnictwo to prowadziło usilne starania zmierzające do zlikwidowania osiągnięć reformatorów, czego najwymowniejszym przejawem stało się zawiązanie pod auspicjami Rosjan konfederacji targowickiej. Wierzono, że poprzez całkowite podporządkowanie się protektorowi Petersburga uda się zachować korzystne dla magnatów i ich klienteli status quo. Szybko okazało się, jak bardzo złudne były nadzieje na to, że potężniejsi sąsiedzi będą oglądali się za polskimi magnatami i interesowali się ich sprawami. Kiedy tylko pojawiła się kolejna dogodna okazja do tego, aby zająć kolejne polskie ziemie, a tym samym wzmocnić swoją siłę, w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony rewolucyjnej Francji, to Prusy z Rosją bez zastanawiania się, wyciągnęły rękę po więcej. O wypruciu ówczesnych polskich elit politycznych z myślenia w kategoriach państwa najlepiej świadczy fakt, że traktat rozbiorowy został ratyfikowany decyzją samych Polaków, zebranych na sejmach grodzieńskich w lipcu i we wrześniu 1792 roku. To o co później kolejne pokolenia Polaków musiały walczyć przelewając krew i oddając życie, a więc niepodległość i suwerenność państwa, zostało oddane praktycznie bez walki.



W tym kontekście właśnie, w pryzmacie kolejnej rocznicy rozbiorów warto spojrzeć na to co obecnie dzieje się na międzynarodowej scenie politycznej, a w szczególności na postulowaną przez ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego oraz premiera Donalda Tuska linię polityczną, która suwerenność państwa narodowego traktuje jako „figurę retoryczną”, łudząc się, że w dzisiejszym świecie inaczej po prostu nie można i że silniejsze państwa lepiej zatroszczą się o nasz interes narodowy. Także ten temat pozostawiam jedynie do refleksji. 


Komentuj [0]


Gwałtowny wzrost przestępczości w polskich szkołach 2012-01-23 10:06

Jeszcze w czerwcu ubiegłego roku pisałem o postępującej w zastraszającej w zastraszającym tempie wiktymizacji młodzieży szkolnej. Na postawie danych pochodzących z badania prowadzonego przez zespół badawczy Pracowni „Pro­M” na trzytysięcznej próbie stołecznych gimnazjalistów można było zauważyć, że uczniowie kolejnych klas gimnazjalnych spożywali więcej alkoholu, częściej mieli kontakt z narkotykami, częściej wyrażali negatywny stosunek wobec szkoły i nauczycieli oraz mieli coraz gorszą opinię wobec religii i Kościoła. Wówczas oceniając ideę reformy powołującej do życia gimnazja pisałem: „W pierwszej klasie gimnazjum muszą na nowo budować relacje z rówieśnikami, budować swoją pozycję w grupie, co najprościej zrobić poprzez agresywną kontestację rygoru szkolnego, autorytetu rodziców i nauczycieli i poddawaniu się presji grupy rówieśniczej. Sytuacja ta sprawia, że w wielu przypadkach dzieci są niejako systemowo zmuszane do podejmowania różnego rodzaju zachowań i działań ryzykownych, spożywanie alkoholu, próbowanie narkotyków, kontakty seksualne, łamanie statusu szkoły bądź jeszcze lepiej prawa, to często najprostsza i najszybsza droga do budowania swojego autorytetu u innych gimnazjalistów”.


Tymczasem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” można zapoznać się z danymi pochodzącymi z Komendy Głównej Policji na temat przestępczości dokonywanej na terenie szkoły. Informacje te są zastraszające i sprowadzają się do komentarza, zgodnie z którym polskie szkoły coraz częściej można porównać do dżungli lub gangsterskiego świata, w którym rządzi jedynie prawo silniejszego. Młodzież szkolna staje się coraz bardziej agresywna i brutalna, a co bardziej uderza to fakt, że czynów przestępczych dopuszczają się coraz młodsi uczniowie, a także coraz dziewczyn. Mówienie o czymś takim jak „szkolna dyscyplina” jest już dzisiaj praktycznie archaizmem. Pojęcie to zostało kilka lat temu uznane przez wpływowe środowiska „lewicowe” i „liberalne” za symbol przemocy rodzinnej, opresyjności wobec dzieci, patologii pedagogicznej, które dążyły wszelkimi środkami do wdrożenia programu traktowania dzieci jako równoprawnych partnerów nauczycieli i rodziców, do większej tolerancji i uległości wobec potrzeb i zachcianek dzieci. Środowiska te usilnie promowały światopogląd, który swego czasu wyraźnie sformułował Jerzy Owsiak słowami „róbta co chceta”, a który oficjalnie został ochrzczony mianem absurdalnego w swojej istocie określenia „bezstresowe wychowanie”.


W efekcie ugruntowano patologiczne w istocie przekonanie młodzieży szkolnej o jej całkowitej bezkarności, albowiem dzieci doskonale wiedzą, że z racji obowiązku kontynuowania nauki do 18 roku życia, szkoły muszą je tolerować, a z racji bycia nieletnimi także sądy nie mogą się ich czepiać. Co więcej, przesuwa się także granica dopuszczalnych zachowań młodzieży, jeszcze dwadzieścia lat temu czymś oburzającym byłoby gdyby dziecko przeklęło w obecności nauczyciela, natomiast dzisiaj uczniowie mogą przeklinać nauczycielom prosto w oczy i jeszcze powiedzieć, aby siedział cicho, bo wiedzą gdzie mieszka, bo przebiją opony w samochodzie, po porysują lakier, wybiją szybę w oknie itp. A sami nauczyciele oraz rodzice nie mają praktycznie żadnych narzędzi, żadnych możliwości sankcjonowania regulaminu szkolnego czy w ogóle jakichkolwiek ogólno przyjętych norm zachowania i wzajemnego szacunku, ponieważ w każdej chwili dziecko może się poskarżyć, przez co rodzicom grozi utrata praw rodzicielskich, a nauczycielowi poważne problemy w pracy.


Nie potrzeba było czekać naprawdę długo aby zaobserwować skutki tego poronionego już w zarysach liberalnego pseudoeksperymentu pedagogicznego, a publikowane przez „Rzeczpospolitą” dane policyjne są ich mierzalną egzemplifikacją. Liczby mówią same za siebie. Okazuje się, że jedynym momentem w ostatnich latach, kiedy przestępczość szkolna uległa zmniejszeniu był rok 2007, po tym jak rok wcześniej ówczesny minister edukacji, w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, wyśmiewany najczęściej w mediach Roman Giertych wprowadził program "Zero Tolerancji". Być może, gdyby program ten był kontynuowany udałoby się chociaż zahamować wzrost przestępczości dokonywanej w szkolnych murach, uczynić szkołę miejscem bezpieczniejszym, przyjaznym zarówno uczniom jak i nauczycielom, a przez to efektywniejszym w tym do czego jest powołana, a więc w przekazywaniu wiedzy i wartości. 


Niestety od 2007 roku, kiedy wybory wygrała liberalnie nastawiona do kwestii wychowawczych PO, a ministrem edukacji narodowej została Katarzyna Hall program "Zero Tolerancji" został wycofany z polskich szkół. Czy ktokolwiek podał merytoryczne uzasadnienie takiej decyzji? Efekt jest taki, jak wskazują dane policyjne. Okazuje się, że od 2007 roku można mówić o galopujacym już wzroście przestępczości dokonywanej w polskich szkołach. Myślę, że zamieszczone poniżej wykresy aż nadto prezentują tragizm sytuacji w jakich znalazły się polskie szkoły. Jest to też dowodem całkowitej klęski koncepcji wychowania bezstresowego bezmyślnie lansowanej przez środowiska liberalne i lewicowe. Oczywiście te nigdy nie przyznają się do tego, że postulowana idea okazała się tragiczną w skutkach, bez względu na to, do jak wielu dramatów dzieci i młodzieży się ona przyczynia. Aktualne pozostaje natomiast pytanie, jak długo my, jako społeczeństwo, będziemy dalej zaciskać klapki na oczach i udawać, że nic złego się nie dzieje? 



Komentuj [0]


Kiedy ludzie bawili się w bogów 2012-01-21 08:23

Wczoraj minęła siedemdziesiąta rocznica niesławnej konferencji przy Grosser Wannsee 56/58 w Berlinie, w czasie której grupka nazistowskich namiestników zadecydowała o życiu i śmierci milionów europejskich Żydów. Oficjalnie debatowano nad tzw. ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej, traktując ten projekt jako spełnienie ciężkiego dziejowego obowiązku, jaki ciążył na narodzie niemieckim. W rzeczywistości chodziło o zaplanowanie największego w dziejach ludobójstwa, które trudno nazwać jakąkolwiek misją.


Podobnie jak wiele innych faktów czasu minionego, tak i ten winien uświadamiać współczesnym, do czego zdolny jest człowiek, który zaneguje podstawowe ludzkie wartości i sam siebie postawi w roli bogów, decydujących o życiu i śmierci innych. Historia III Rzeszy, ale także innych systemów totalitarnych, jak stalinizm czy maoizm aż nadto uczy, czym kończy się odrzucenie etyki opartej na systemie religijnym utwierdzonym wielowiekową tradycją. Pamiętać powinni o tym szczególnie dzisiejsi politycy jak i prawodawcy. 



Komentuj [0]


Odkrywanie nieprawd wokół katastrofy smoleńskiej 2012-01-19 18:28

Już małe dzieci wiedzą, że kłamstwo ma krótkie nóżki. Prawda prędzej czy później wychodzi na jaw, chociaż faktem jest również to, że nieraz przychodzi bardzo długo na to czekać. Niekiedy, zwłaszcza gdy ujawnienie prawdy nie leży w interesie czynników wpływowych, okazuje się, że na poznanie prawdy można czekać naprawdę długo. Ale historia uczy, że nawet w takich przypadkach prawda uporczywie dąży do ujawnienia, różnymi drogami. Coraz więcej faktów wskazuje na to, że do takich spraw będzie można zaliczyć także katastrofę samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem.


Od samego początku było jasne, że wyjaśnienie prawdziwych przyczyn tego zdarzenia będzie niezwykle trudne, niemalże niemożliwe. Paradoksalnie właśnie ze względu na wagę tego zdarzenia, jego znaczenie prawdopodobieństwo pełnego jego wyjaśnienia było tym mniejsze. Nie aby taki stan rzeczy był normalnym, wręcz przeciwnie. Sama logika nakazywałaby zasadę, że im ważniejsze zdarzenie, tym większe prawdopodobieństwo dołożenia wszelkich starań do jego pełnego wyjaśnienia. W Polsce i Rosji funkcjonuje raczej odmienna zasada, im ważniejsze zdarzenie, tym więcej niejasności, tym więcej zaniedbań, tym więcej problemów. Jest to wymownym wskaźnikiem funkcjonowania tych państw, sprawności działania najważniejszych ich organów, samych fundamentów.


Nie jest tak, jak chciałby to widzieć nasz prezydent Bronisław Komorowski, że państwo jakoby zdało egzamin, że państwo działa sprawnie. Nie, absolutnie nie zdało żadnego egzaminu, nasze państwo po prostu nie działa, jak inaczej określić sytuację, w której ginie głowa państwa, kilkudziesięciu ważnych urzędników państwowych, wojskowych, polityków, działaczy społecznych, a partia sprawująca aktualnie władzę robi wszystko co w jej mocy, aby broń Boże nie dojść do prawdy o tym wydarzeniu. Wręcz przeciwnie, odczuwa się przemożny lęk przed poznaniem prawdy, jakakolwiek by ona nie była.


 Teza o obecności gen. Andrzeja Błasika wyssana z palca


 W ostatnim tygodniu ta część opinii publicznej, która jest chociaż w minimalnym stopniu zainteresowana kwestią wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, żyje informacjami przekazywanymi z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. A. Sehna z Krakowa. Przez wiele miesięcy eksperci z tego instytutu pracowali nad odczytaniem zapisu z czarnych skrzynek prezydenckiego samolotu. W końcu 28 grudnia 2011 roku ich opinia została przekazana do prokuratury wojskowej. Rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Zbigniew Rzepa zaznaczył, że jest to jeden z istotnych dowodów w trwającym śledztwie w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie w sprawie katastrofy smoleńskiej. W sierpniu 2011 roku prokuratura ta postawiła zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych dwóm oficerom z 36 specjalnego pułku lotnictwa, związanym z organizacją lotu Tu­154M. Równolegle Prokuratura Okręgowa Warszawa­Praga prowadzi sprawę możliwości niedopełnienia obowiązków lub przekroczenia uprawnień urzędników i funkcjonariuszy publicznych z kancelarii prezydenta, premiera, MSZ, MON, polskiej ambasady w Moskwie i BOR w związku z przygotowaniem wizyt w Katyniu zarówno premiera Donalda Tuska jak i prezydenta Lecha Kaczyńskiego.


Z analiz dokonywanych przez ekspertów z Instytutu Ekspertyz Sądowych wynika, że nie ma żadnych dowodów na to, aby w momencie katastrofy samolotu w kokpicie znajdował się gen. Andrzej Błasik, a tym bardziej aby wywierał jakikolwiek wpływ na działania podejmowane przez pilotów prezydenckiego samolotu. Jak wiadomo zgodnie z raportem przedstawionym przez MAK właśnie ta presja miała być jedną z przyczyn katastrofy samolotu. Co więcej, rosyjscy eksperci nie omieszkali poinformować światowej opinii publicznej o tym, że we krwi polskiego generała odnaleziono ślady alkoholu, natomiast nasi „niezależni” eksperci zaraz dodawali, że generał był typem choleryka, autokraty, a tuż przed startem miał rzekomo gwałtownie zrugać kapitana Arkadiusza Protasiuka, który z kolei rzekomo nie chciał lecieć do Smoleńska z powodu na złą pogodę. A aby było jeszcze ciekawiej, to ten sam ostrożny do przesady Protasiuk miał później nie mieć żadnych oporów przed lądowaniem we mgle wołając „Patrzcie jak lądują debeściaki”. No absurd za absurdem, ale naszym elitom intelektualnym w niczym to nie przeszkadzało, każda kolejna teoryjka mogła być dobra, byleby tylko całą winę za katastrofę zrzucić na tych, którzy w niej zginęli.


Tymczasem, jak się okazuje słowa przypisywane dotychczas generałowi Błasikowi należały do drugiego pilota mjr Roberta Grzywny, natomiast nie ma żadnych dowodów, na to jakoby sam generał był w pobliżu pilotów. Pojawia się zatem pytanie, skoro na zapisach czarnych skrzynek nie ma śladów obecności generała w kokpicie, to skąd w ogóle wymyślono cała historię i jakim cudem taka teza znalazła się w raportach zarówno MAK jak i polskiej komisji Jerzego Millera? Oficjalnie mówi się o tym, że ciało generała miało być znalezione na miejscu katastrofy obok ciała nawigatora Artura Ziętka, który z pewnością w kokpicie musiał być w momencie katastrofy. Pomijając już sam fakt, że żaden z polskich przedstawicieli nie może osobiście tego faktu potwierdzić, ponieważ polscy śledczy ani prokuratorzy, nie byli obecni przy identyfikacji ciał na miejscu katastrofy. Wszystko od początku opierało się wyłącznie na tym, co mówili Rosjanie, o których rzetelności i prawdomówności trudno powiedzieć aby była krystaliczna. Ale nawet zakładając, że ustalenia rosyjskich śledczych były rzetelne to bynajmniej położenie ciała generała w pobliżu ciała nawigatora nie musi świadczyć o tym, aby w samym momencie katastrofy obaj byli w pobliżu siebie. Trzeba być osobą całkowicie pozbawioną wyobraźni aby wykluczyć możliwość przemieszczenia się ciał w następstwie wybuchu i roztrzaskiwania się samolotu w momencie katastrofy. Przecież wśród elementów kokpitu odnajdywano też części śródpłacia, natomiast szczątki samolotu znajdowana na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Okazuje się, że cała teza o obecności gen. Błasika w kokpicie i wywieraniu presji na pilotów nie ma żadnych podstaw merytorycznych a była całkowicie wyssana z palca i bezrefleksyjnie powielana nie tylko przez rosyjskich śledczych, ale także przez polskich polityków i dziennikarzy jako prawda objawiona.


 Mit pancernej brzozy


 Co więcej, jak się okazuje również na postawie analiz prowadzonych przez biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie w oparciu o zapisy dźwięków zarejestrowanych przez czarne skrzynki brak podstaw do stwierdzenia jakoby dało się usłyszeć dźwięk uderzenia w drzewo. I znów taka teza pojawiła się właśnie w raporcie MAK, co miało stanowić potwierdzenie tezy, jakoby bezpośrednią przyczyną katastrofy samolotu było zderzenie samolotu ze słynną już brzozą. W raporcie z komisji Millera z kolei pojawiają się zapisy mówiące o tym, że zarejestrowano odgłos przypominający stukanie, podczas gdy w raporcie biegłych z Krakowa mówi się o odgłosie poruszających się przedmiotów. Nie ma natomiast śladu dźwięku zderzenia z drzewem.


Wyniki analiz krakowskich biegłych kłócą się ewidentnie z przyjmowanym dotychczas za pewnik stwierdzeniem, że samolot rozbił się, ponieważ zawadził skrzydłem o pancerną brzozę, skutkiem czego utracił skrzydło, spadł na ziemię i rozpadł się na najdrobniejsze kawałki. Godne dodania jest tu również to, że podobnie jak w przypadku odnalezienia głosu generała Błasika w kokpicie, tak samo i w przypadku brzozowej teorii nie było i nie ma żadnych merytorycznych dowodów świadczących o prawdziwości takiej tezy. Została ona przedstawiona przez Rosjan, którzy czym prędzej wykarczowali cały teren dookoła miejsca zdarzenia, tak aby późniejsza weryfikacja tej tezy była niemożliwa.


Z drugiej strony najnowsze ustalenia pozostają w zgodzie ze stosunkowo niedawnymi ustaleniami przedstawionymi przez prof. Wiesława Biniendę. Jest on dziekanem Wydziału Inżynierii Cywilnej w Kolegium Inżynierii University of Akron w Ohio, redaktorem naczelnym kwartalnika naukowego Journal of Aerospace Engineering. Specjalizuje się właśnie w inżynierii materiałowej, metodach obliczeniowych w fizyce ciała stałego i ich zastosowaniach w lotnictwie i astronautyce. Jest ekspertem uznanym m.in. przez NASA, a w 2008 roku został uznany za jednego z najbardziej zasłużonych naukowców amerykańskich polskiego pochodzenia. Naprawdę trudno podważyć kompetencje profesora Biniendy, a z racji jego kariery zawodowej i naukowej doprawdy trudno przypuszczać aby był zwolennikiem teorii spiskowych a tym bardziej zażartym zwolennikiem PiS.


To właśnie on przeprowadził matematyczną symulację katastrofy prezydenckiego samolotu, ponieważ zdziwiło go, że przez tak długi czas od zdarzenia nikomu nie przyszło to wcześniej do głowy, aby naukowo zweryfikować sformułowaną ad hoc tezę, że samolot stracił skrzydło po uderzeniu w brzozę. W oparciu o te analizy doszedł do przekonania, że skrzydło takiego samolotu jak Tu­154M nie mogło odpaść po uderzeniu w pień brzozy. Co więcej prof. Binienda zauważył też, że skrzydło samolotu nie mogło odpaść na wskutek kontaktu z pniem brzozy, a następnie być znalezione aż 111 metrów dalej, jak to było w przypadku miejsca katastrofy prezydenckiego samolotu. Jeśliby nawet przyjąć, co z naukowego punktu widzenia jest i tak niemożliwe, że samolot stracił skrzydło po zdarzeniu z pancerną brzozą to te upadłoby najdalej kilkanaście metrów od miejsca zdarzenia, a nie dziesięć razy dalej.


 


Oczywiście merytoryczne ustalenia autorytetu naukowego zostały całkowicie zlekceważone przez naszych dyletantów, którzy i tak wiedzą swoje i dalej powtarzają brednie przedkładane przez Rosjan od pierwszych tygodni po katastrofie. Jednak czy nie jest zdumiewającym, że polski rząd oraz rządowa komisja nie tylko ignorują ustalenia ekspertów, ale nawet boją się zwołania konferencji przez innych uczonych specjalizujących się w dziedzinie mechaniki. Naturalnie, jak wspomniałem na początku, można wierzyć w to, że się uda ukryć prawdę, że uda się przykryć ją betonem wymyślanych naprędce teoryjek, ale jak długo i przede wszystkim, po co? Nic nie dzieje się przecież bez przyczyny i należy zakładać, że ważni politycy i dziennikarze kierują się jakimiś racjonalnymi celami. Ale jakie cele i jakie interesy mogą mieć ludzie, którym zależy na ukryciu prawdy? Na razie trudno jeszcze mówić, aby ostatnie ekspertyzy i symulacje przybliżały nas do poznania prawdy na temat tego, co wydarzyło się tamtego feralnego dnia. Z drugiej jednak strony każde kolejne obalone kłamstwo to zawsze krok w kierunku poznania prawdy. 


Komentuj [2]


Nazistowska "biblia" w niemieckich kioskach ruchu 2012-01-15 22:52

Jak się okazuje, jeszcze w tym miesiącu w niemieckich kioskach ruchu będzie można kupić pierwszy z trzech 15-stronnicowych zeszytów, zamieszczających fragmenty "Mein Kampf". Zgodnie z zamierzeniami brytyjskiego wydawcy Petera McGee nakład wszystkich trzech zeszytów ma wynosić 100 tys., a zatem trudno go określić jako niszowy. Wprawdzie publikacje mają zostać opatrzone stosownym komentarzem, dodajmy wyraźnie "krytycznym" komentarzem, a jednak pozostaje, delikatnie mówiąc pewien niesmak.


Zasadniczo można powiedzieć, że jest w tym wszystkim pewien cenny walor poznawczy, albowiem ludzie będą mogli sami się przekonać, czym tak naprawdę była ideologia nazizmu, jaką treść niosły wynurzenia Adolfa Hitlera dyktowane Rudolfowi Hessowi w czasie odsiadki po nieudanym puczu monachijskim. Z drugiej jednak strony pojawiają się bardzo poważne kontrowersje. Pozostawiając niejako na uboczu sam fakt, że same prawa autorskie są dyskusyjne, albowiem zgodnie z prawem te wygasają dopiero siedemdziesiąt lat po śmierci autora, a zatem za trzy lata, to kwestią zasadniczej wagi jest znaczenie przekazu takich publikacji. Jak to w przypadku wszelkich publikacji fragmentów większych dzieł, dyskusyjną pozostaje kwestia wyboru owych fragmentów i niebezpieczeństwa oceniania przez czytelników całości, przez pryzmat owych fragmentów. Nie jest możliwym dokonanie takiego wyboru, który mógłby aspirować do miana reprezentatywnego, zawsze będzie można mówić o pewnych odchyleniach, czy to im plus czy im minus od całości. 


"Mein Kampf" samo w sobie należy do lektur trudnych, nużących czytelnika, rozwodnionych w hektolitrach wynurzeń autobiograficzno-polityczno-historycznych. Wiele fragmentów nie ma praktycznie żadnego związku z tym co się wydarzyło w czasie wojny, ze zbrodniczym systemem totalitarnym, który wyrodził się w kolejnych latach. Trzeba pamiętać, że książka powstała w połowie lat 20-tych, naziści doszli do władzy niespełna dekadę później, a system swoje prawdziwe oblicze ujawnił tak na prawdę w czasie wojny. Istnieje zatem zagrożenie, że poprzez wybór określonych fragmentów, danych do ręki tysiącom czytelników przyczyni się nie tyle do pogłębienia wiedzy o systemie nazistowskim, ale do swoistego zrelatywizowania pamięci zbiorowej o nim. 


Być może się mylę, być może jestem pesymistą, niemniej jednak uważam, że tego rodzaju dzieła nie powinny być publikowane w ogóle, a jeżeli już, to powinny być publikowane pod stosowną kontrolą i w całości. Ale każdy ma przecież prawo do własnej opinii na ten temat. 



Komentuj [0]


Gospodarcze Maliny rozdane. Premier największym zwycięzcą 2012-01-13 10:38

Już za kilka tygodni miłośnicy srebrnego ekranu będą ekscytowali się coroczną galą rozdania najcenniejszych statuetek w świecie kina, Oskarów. Prawdopodobnie, jak zawsze, będą murowani pewniacy oraz zaskakujące rozstrzygnięcia, inaczej być po prostu nie może. Zdecydowanie mniej osób będzie ekscytowało się galą, która po raz trzydziesty drugi odbędzie się na dobę przed rozdaniem Oskarów, mianowicie rozdaniem słynnych Złotych Malin. Cóż… trudno dziwić się temu, że każdy chce oglądać tych najlepszych, a z pewnością chętniej niż tych najgorszych.


Zdecydowanie jednak mniej osób interesuje się, czy w ogóle słyszało o tym, że Złote Maliny nie są zarezerwowane wyłącznie dla świata kina, ale funkcjonuje jak najbardziej także w innych wymiarach. O jednym z takich wymiarów przypomniał dzisiaj Puls Biznesu, który ogłosił wyniki głosowania na polskie Gospodarcze Maliny, przyznawane osobom, które w danym roku najbardziej szkodziły polskiej gospodarce. Nagroda ta ma solidną podstawę, przyznawana jest w oparciu o liczbę 17 tys. oddanych głosów czytelników Pulsu Biznesu. Przyznawana jest w trzech kategoriach: Instytucja, Przedsiębiorca i Polityk.


Jeśli chodzi o pierwszą z tych kategorii, to walka o najwyższy laur była zacięta, ponieważ dwóch pretendentów szło łeb w łeb do ostatniej chwili. Na ostatniej prostej na prowadzenie wysunął się nieznacznie ZUS z wynikiem 38 proc. zostawiając w tyle Sejm z wynikiem 32 proc. oraz Ministerstwo Finansów z wynikiem 29 proc. W uzasadnieniu nagrody przyznanej kochanemu „Zakładowi Utylizacji Składek” wyjaśniono, iż chodzi tu o zbyt wysokie składki blokujące przedsiębiorczość, marnowanie gigantycznych środków finansowych, którymi obraca ta instytucja oraz przytłaczającą wszystko biurokrację.


W drugiej z wymienionych kategorii walka była już zdecydowanie mniej zażarta, od samego początku wysokie tempo narzucił jeden zawodnik i wydaje się, że pozostali nawet nie podjęli walki. Metę pierwszy przekroczył Ireneusz Król z wynikiem 52 proc., zostawiając daleko w tyle Arkadiusza Kuicha z wynikiem 31 proc. oraz Macieja Niebrzydowskiego z rezultatem 16 proc. W tym przypadku głosujący zwracali uwagę przede wszystkim na nieprzejrzystą politykę informacyjną prowadzoną przez Króla oraz wprowadzanie konkurencji w błąd. Cóż… w świecie biznesu można powiedzieć, że takie uchybienia to wręcz bezczelne czepianie się dziury w całym.


I w końcu w kategorii Polityk można mówić o prawdziwym nokaucie i deklasacji konkurentów. Wszyscy doskonale wiedzą o zamiłowaniu naszego premiera Donalda Tuska do sportu, które z pewnością przekłada się na znakomitą kondycję, myślę jednak, że nie wiele osób podejrzewało aż tak znakomite przygotowanie do wyścigu. Jak się okazało premier uzyskał rewelacyjny wynik 57 proc. wbiegając na metę niemalże sprintem. Na drugim miejscu uplasował się mocno sfatygowany biegiem Jarosław Kaczyński z dwukrotnie gorszym wynikiem 26 proc., podczas gdy ostatnie miejsce podium zajął też ledwie człapiący Jacek Rostowski osiągając 16 proc. Premiera Tuska doceniono szczególnie za permanentną awersję do przeprowadzenia jakichkolwiek reform, atak na OFE, podwyżki podatków, brak prób deregulacji przepisów pętających przedsiębiorczość, utrzymywanie nadmiernej biurokracji i rozrost administracji państwowej, utrzymywanie w rządzie celebrytów a nie fachowców.


Pozostaje jednak zajmujące pytanie dotyczące kondycji polskiej demokracji. Jak to jest bowiem możliwe, że polityk, który zostaje wybrany głosami tysięcy czytelników prestiżowego pisma gospodarczego jakim jest Puls Biznesu za największego szkodnika w polskiej gospodarce, zostaje jednocześnie ponownie wybrany na premiera tego kraju? Z pewnością można byłoby napisać wiele, bardzo wiele na ten temat, pozostawiam jednak do indywidualnej refleksji i oceny, po pierwsze kwestię, czy taki stan rzeczy jest istotnie racjonalny, a jeśli nie, to co jest przyczyną tego, że irracjonalność jest codzienną praktyką polskiego życia politycznego i gospodarczego. 




Komentuj [0]


A miało być tak pięknie 2012-01-12 15:55

Swego czasu zespół Happysad zabłysnął mało optymistyczną, acz nastrojową piosenką „A miało być tak pięknie”. Jeśli ktoś nie pamięta, pierwszy refren leciał mniej więcej tak:


a miało być tak pięknie
miało nie wiać w oczy nam
i ociekać szczęściem
miało być "sto lat! sto lat!"


Jak się okazuje, ten prosty i na swój sposób oklepany jednak tekst może mieć drugie dno, zupełnie niezwiązane z pierwotnymi intencjami autorów. Niedawne informacje napływające do nas zza zachodniej granicy, od braci „Unionistów” (początkowo miałem napisać „Europejczyków”, ale przecież byłoby to dalekim nietaktem wobec chociażby Norwegów, Szwajcarów, czy Ukraińców, świadczyłoby bowiem, że mieszkają oni gdzieś poza kontynentem), silnie wskazują na to, że również i my, ściślej mówiąc nasz kochany rząd, mógłby sobie pod nosem nucić wspomnianą wyżej melodię.


Zaraz ktoś pewnie powie: Ale jak to? Ale przecież gdzie? Przecież wszystko miało układać się jak najlepiej jeśli chodzi o nasze relacje z unijnymi partnerami, a Polska miała grać w jednej ekstraklasie razem z Niemcami, Francją, Włochami i Hiszpanią. Czyż nie po to, polski premier Donald Tusk, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski oraz minister finansów Jacek Rostowski na forum międzynarodowym zarzekali się, że zrobią wszystko, aby tylko politycy znad Łaby i Sekwany spojrzeli nań łaskawiej? Czyż nie po to, nasz rząd otwarcie deklarował pragnienie zacieśniania integracji europejskiej i oddawania coraz większych uprawnień w ręce instytucji unijnych? Czyż nie po to w końcu, Polska aż wyrywała się do tego, aby wyciskać ze swoich zaskórniaków kwotę rzędu około 30 mld złotych na wsparcie zadłużonych „partnerów” ze strefy euro?


I faktycznie, trudno powiedzieć, że polskie inicjatywy pozostawały niezauważane w Europie. Jak najbardziej, wszyscy zainteresowani byli wręcz oczarowani polską prezydencją, determinacją polskich władz w integrowaniu Unii i udzielaniu jej finansowego wsparcia. Jeszcze w połowie grudnia sypały się urokliwe laurki opiewające osiągnięcia polskiego przewodnictwa. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso powiedział, że Polska: „spełniła nasze oczekiwania, podtrzymała duch partnerstwa w instytucjach europejskich i krajach członkowskich”. Istotnie, można powiedzieć, że nasz rząd spełnił aż z zadatkiem wszelkie unijne oczekiwania, pytanie tylko, czy aby na pewno spełniła polskie oczekiwania. Ktoś powie, że przez moje słowa przemawia narodowy egoizm, etnocentryzm, ale czy właśnie temu nie służyć miała idea cyklicznego przewodnictwa w Unii? Przecież właśnie po to ustanowiono taką procedurę, aby każde państwo, mogło przez pół roku starać się wywierać silniejszy wpływ na inne, zgodnie ze swoimi interesami. Na następną polską prezydencję przyjdzie czekać kilkanaście lat, nie oczekiwałbym, aby w tym czasie, jakikolwiek inny kraj szczególnie zabiegał o nasze interesy.


Szczególnie ciepło o polskiej prezydencji wypowiadali się naturalnie politycy i politolodzy niemieccy. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę, że w tym czasie Polska głośno wypowiadała idee, dla Niemiec jak najbardziej korzystne, ale których wcześniej nawet sami Niemcy głośno nie wypowiadali. Oficjalnie chwalono Polskę za walkę o jedność Unii: Olaf Lang z berlińskiej Fundacji Nauka i Polityka nazywał Polskę „strażniczką jedności”; Anna Quirin z Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranizcnej (DGAP) mówiła o entuzjazmie który miała wlać w państwa europejskie polska prezydencja; Cornelius Ochmann z Fundacji Bertelsmanna chwalił Polskę za ratowanie wspólnej waluty i proponowaną politykę finansową. No właśnie, więc o co chodzi, Polska została jednoznacznie oceniona jako prawdziwy lider europejski, jako państwo zdolne do odważnych inicjatyw i walki o jedność i solidarność europejską. Wobec tego wszystkiego nie powinno być przecież najmniejszych wątpliwości co do tego, że wreszcie zachodni politycy będą traktowali polskich jak partnerów, a nie jak ubogich petentów. Jednym słowem miało być owe „Sto lat! Sto lat!”, a kto uważa inaczej to nieuleczalny eurosceptyk, może nawet defetysta.


Jak się jednak okazało, idylla nie trwała zbyt długo. W zasadzie nie upłynął nawet miesiąc, a prawda o realnej pozycji Polski w Europie zaczęła ujawniać się coraz bardziej wyraźnie. Ci, którzy trzeźwo, a nie ideologicznie, patrzyli na stosunki międzynarodowe w ramach Unii, od dawna zdawali sobie sprawę, że od kilku lat tandem Niemiec i Francji dąży do uzyskania jak największych wpływów w Unii, realizując tę politykę pod osłoną tzw. silniejszej integracji europejskiej. Dążenie to stawało się tym silniejsze, a tym samym tym bardziej jawne, im silniej do Europy pukał kryzys finansowy i jedynie osoby skrajnie nieodpowiedzialne, bądź pozbawione elementarnej wyobraźni mogły tego nie widzieć i nie wiedzieć o co chodzi politykom w Berlinie i w Paryżu. Można zastanowić się, czy naszym politykom zabrakło wiedzy, wyobraźni czy odpowiedzialności? Z pewnością nie wiedzy, ponieważ ta dostępna była każdemu, choć potocznie interesującymi się tą problematyką. Z pewnością nie wyobraźni, możliwe nawet, że właśnie wybujała wyobraźnia miała tu decydujące znaczenie. Jeżeli chodzi o odpowiedzialność… myślę, że śmiesznym byłoby nawet komentowanie tego zagadnienia.


Jestem głęboko przekonany, podobnie jak wiele innych osób, że w obecnym rządzie i w jego najbliższej orbicie funkcjonuje wąska grupa osób, wpływowych polityków, którzy nie mają zamiaru kończyć swojej politycznej kariery na poziomie krajowym. Marząc o karierze międzynarodowej widzą siebie na eksponowanych, może nie tyle wpływowych, ale właśnie eksponowanych, lukratywnych stanowiskach w strukturach unijnych. Jak się na nie dostać? Z pewnością bez silnego lobby politycznego ze strony najważniejszych państw unijnych, a zatem właśnie Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii, taka kariera będzie nierealna. Ale dysponując stosownym poparciem, jak najbardziej. Widać wyraźnie, już od przynajmniej kilku lat, ale w ostatnich miesiącach, naprawdę jednoznacznie, że taką właśnie drogę obrała grupa polityków z otoczenia naszego premiera, przede wszystkim sam premier oraz szef MSZ. W takiej sytuacji, bardziej zrozumiałe stają się doprawdy kuriozalne wypowiedzi i decyzje podejmowane przez naszych polityków, które nie mają absolutnie nic wspólnego z polską racją stanu, ale służą realizacji ich osobistych celów.


A fakty są właśnie takie, że pomimo wszystkich tych wdzięków Polski w czasie naszej prezydencji, fundowanych nam i całemu światu przez polskich polityków nasza realna pozycja, jako państwa, nawet nie drgnęła, a wiele wskazuje na to, że jesteśmy razem z innymi państwami spychani na boczne tory. Kilka dni temu, 9 stycznia kanclerz Niemiec Angela Merkel oraz prezydent Francji Nicola Sarkozy spotkali się, aby w miłej atmosferze, przy śniadaniu rozmawiać nad losami Europy, szczególnie nad fiskalną wizją Unii.


Owszem, oficjalnie i zgodnie z unijnym prawem, takie decyzje musza być podejmowane wspólnie, za zgodą innych państw unijnych, za aprobatą Parlamentu Europejskiego, ale tak naprawdę można spodziewać się tego, że te wszystkie demokratyczne listki figowe w najbliższych miesiącach będą mocno podsychać i kto wie, czy się nie urwą na wietrze. Z resztą, wystarczy popatrzeć na mapę Europy, aby zrozumieć w czym rzecz. Jedyną tak naprawdę siłą, po postępującym bankructwie Włoch i Hiszpanii oraz autopacyfikacji Polski, która może przeciwstawić się planom tych dwóch państw jest Wielka Brytania.


Nie jest jednak powiedziane, że Wielka Brytania będzie w zaparte starała się utrzymać w Unii za wszelką cenę, nie od dziś z resztą wiadomo, że życiowe interesy Albionu leżały na morzach i oceanach, a nie na kontynencie. Z drugiej strony, można mieć nadzieję, że jednak Londyn nie zrezygnuje całkiem ze swoich możliwości oddziaływania na Unię, realizując inny żywotny interes swojej polityki zagranicznej, polegający na zachowaniu równowagi sił na kontynencie. W rezultacie, kto miałby niby wymusić na francusko­niemieckim duecie dotrzymywanie jakichkolwiek zobowiązań, ustaleń, postanowień itp. Obecnie całe południe Europy siedzi w kieszeni Francji i Niemiec, państwa skandynawskie nie będą miały najmniejszej ochoty, ani tak naprawdę interesu zadzierać z państwami Centrum, natomiast cała Środkowa Europa będzie się musiała po prostu dostosować. Ktoś powie, że przecież postanowienia i traktaty muszą być przestrzegane, że tego wymaga przyzwoitość i uczciwość… Wolne żarty! Samo życie pokazuje, że Unia Europejska jest tworem politycznym, w którym prawo i traktaty są chyba najczęściej zmieniane spośród cywilizowanych państw świata. Już samo to powinno zapalać czerwoną lampkę wszystkim tym, którzy śmieją się z ostrzeżeń o możliwości oligarchizacji Unii. Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie, ale problem polega na tym, że jest też nietrwały i każdy dokument można zmienić jeszcze szybciej niż się go uchwaliło.


Biorąc to wszystko pod uwagę trudno dziwić się doprawdy temu, że Sarkozy wprost mówi, że Francja nie ma ochoty czekać na swoich europejskich „partnerów” z wprowadzeniem ogólnoeuropejskiego podatku od transakcji finansowych, chociaż zgodnie z postanowieniami unijnymi taka decyzja musi być poprzedzona zgodą innych państw. Sarkozy z Merkel doskonale zdają sobie sprawę, że stopień uzależnienia państw unijnych od ich decyzji jest coraz większy.


No ale nic… Minął kolejny dzień i otrzymaliśmy komunikat świadczący o tym, że Berlin i Paryż w coraz mniejszym stopniu liczą się z opinią i interesami nowych państw w Unii, między innymi Polski. I znów w roli głównej wystąpiła poznana już para: Angela i Nicola, którzy uradzili wspólnie nowy pomysł na ratowanie strefy euro. Postanowili, że pieniądze z unijnych funduszy strukturalnych, których biedniejsze państwa nie są w stanie wykorzystać, zgodnie z obowiązującymi procedurami były transferowane na stymulowanie rozwoju gospodarczego państw strefy euro. Innymi słowy mielibyśmy do czynienia z czymś przeciwnym do działań prowadzonych przez chociażby Janosika, zabierania biednym i dawania bogatym. No to brawo, nic tylko pogratulować.


I co na to nasz człowiek w Komisji Europejskiej, Janusz Lewandowski: „Nic o tym nie wiem”. Dla podkreślenia wagi swoich słów dodaje jeszcze, że zgodnie z unijnym prawem to on decyduje o zasadach wykorzystywania funduszy strukturalnych i ich wielkości, a nie Merkel i Sarkozy. Tymczasem zgodnie z pomysłem właśnie tej pary, musiałoby dojść do przemodelowania procesu decyzyjnego, tak aby projekt wykorzystania funduszy strukturalnych był najpierw akceptowany przez przywódców państw ze strefy euro, a dopiero później przedstawiany do akceptacji pozostałym państwom Unii. Oczywiście nasz wiceminister spraw zagranicznych Mikołaj Dowgielewicz zapewnia, że Polska będzie wobec takich propozycji sceptyczna, i że nie będzie w tym odosobniona, co nie jest żadnym odkryciem, nikt nie lubi jak się go pomija w podejmowaniu kluczowych decyzji. Tylko naprawdę, co z tego? Jaką siłę przebicia będą miały pozostałe państwa unijne wobec niemiecko­francuskiego dyktatu? Poza tym należy spodziewać się, że pozostałe państwa ze strefy euro z pewnością staną murem za propozycjami Niemiec i Francji.


I w końcu najświeższa sprawa, z którą tym razem wyskoczyła aktualnie sprawująca prezydencję w Unii Dania. Jako, że również należy do strefy euro, jest również żywo zainteresowana tym, aby strefa euro możliwie szybko i bezboleśnie odeszła znad przepaści, nad którą aktualnie stoi, jest również zainteresowana jak najszybszym zamknięciem negocjacji nad porozumieniem o unii fiskalnej, którą od dawna postulują Niemcy i Francja. W tym jeszcze może nie było niczego skandalicznego, jednak bliższe przyjrzenie się duńskim propozycjom wskazuje, że państwa unijne spoza strefy euro będą wykluczone z udziału w szczytach strefy euro. Propozycja ta stanowi jawne przekreślenie tego wszystkiego o czym mówili nam Tusk i Sikorski, a zatem rzekomej europejskiej solidarności, pogłębionej integracji, współpracy, graniu w jednej ekstraklasie.


Owszem, jeśli chodzi o organizację zrzutki na bankrutujące państwa strefy euro, tak aby absurdalna polityka kredytowa francuskich i niemieckich banków nie odbiła się im czkawką to jak najbardziej wszyscy nas lubią i jeszcze pochwalą za walą determinację w walce o jedność i solidarność Unii. Ale jeżeli chodzi o możliwość podejmowania decyzji dotyczących strefy euro to już nie dla psa kiełbasa, niech nowe państwa unijne siedzą cicho i potulnie akceptują co inni uradzą. Ktoś zaraz powie, że przecież to logiczne, że na szczytach strefy euro obecni powinni być jedynie przedstawiciele państw tej strefy, bo co innym do tego. Ale przecież, kiedy zgadzaliśmy się na eurościepę to wyjaśniano nam, że kondycja strefy euro ma ogromny wpływ także na naszą gospodarkę, która jest bardzo silnie z nią związana. A jeśli w istocie jesteśmy tak uzależnieni od strefy euro, że aż musieliśmy na nią wyrzucać 30 mld złotych, to chyba logicznym powinno być, że powinniśmy mieć wpływ na decyzje, które są tam podejmowane. Jest to niemal analogiczna sytuacja do tej, która zakończyła się oderwaniem amerykańskich kolonii od Wielkiej Brytanii i powstaniem Stanów Zjednoczonych. Tam również jednym z ważniejszych haseł wzywających do walki o niepodległość było „Nie ma podatków bez reprezentacji”. Innymi słowy, jeśli się płaci na coś, to ma się prawo decydowania o tym, i odwrotnie, jeśli nie ma się nic do powiedzenia, to nie powinno się na to płacić. W XVIII wieku amerykańscy koloniści w trosce o własne interesy powiedzieli „Dość” i postawili się brytyjskiej Koronie walcząc o niepodległość, jak na tym wyszli, wszyscy dobrze wiemy. A jak dzisiaj się zachowują nasi mężowie stanu (premier i szef MSZ)? Z informacji podawanych przez „Dziennik” wynika, że zabiegają o to, aby Polska miała status obserwatora na szczytach strefy euro bez prawa głosu. No to rzeczywiście, niezwykle mężna i zdecydowana postawa, nie ma co…


Tak czy inaczej, właśnie w najbliższych miesiącach najprawdopodobniej dojdzie do podziału Unii na dwie strefy, z których jedna będzie wyraźnie nadrzędna wobec drugiej. Po jednej stronie znajdą się państwa ze strefy euro, która w pierwszej kolejności będą podejmowały decyzje dotyczące całej Unii, natomiast państwa unijne spora strefy euro nie będą miały prawa głosu na spotkaniach pierwszej grupy, ale będą musiały akceptować decyzje, jakie będą tam podejmowane. Naturalnie Polska znajdzie się w tej drugiej grupie, pomimo tak licznych i heroicznych działań podejmowanych przez naszych dzielnych polityków. Cóż… polityka międzynarodowa jak życie codzienne pokazuje, że jeżeli sam siebie nie szanujesz, to nie licz na to, że inni będą cię szanować. 


Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]