dominik-kucinski | e-blogi.pl
_blog dominik-kucinski
Ujawniona notatka płk. Grochowskiego odsłania prawdę o kulisach badania katastrofy smoleńskiej 2016-09-19

Przez sześć lat polska opinia publiczna była uparcie przekonywana przez główne media, że tzw. komisja Millera zajmująca się badaniem przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej, prowadziła samodzielne i niezależne od strony rosyjskiej śledztwo, którego jedynym celem było ustalenie prawdy na temat tego, co się wydarzyło pamiętnego 10 kwietnia 2010 roku. 


Już od dawna pojawiały się różnego rodzaju sygnały wskazujące na to, że tak być nie mogło, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa komisja Millera mogła pracować wyłącznie na tych materiałach, które udostępniła im strona rosyjska. Nigdy jednak z taką mocą nie pojawiły się dowody i świadectwa, których autorami byliby sami członkowie owej komisji Millera. Dopiero teraz, po sześciu latach, dopiero po tym, jak PO straciła władzę, a co za tym idzie kontrolę nad archiwami sprawy, na światło dzienne wypływają nowe, dotychczas tak skutecznie ukrywane dokumenty. 


Najpierw pojawiła się notatka szefa podkomisji technicznej w komisji Millera Stanisława Żurkowkiego, który wprost przyznawał w sierpniu 2010 roku, że żadne badania techniczne wraku nie były przez członków komisji Millera prowadzone. Teraz natomiast ujawnione zostały notatki samego zastępcę Millera w PKBWLLP, płk. Mirosława Grochowskiego, pochodzące z pierwszych dni pobytu polskich ekspertów w Smoleńsku, czyli z okresu 12-16 kwietnia 2010 roku. Okazuje się, że dopiero 14 kwietnia, czyli cztery dni po katastrofie polscy eksperci otrzymali formalne przepustki wstępu na teren katastrofy!!! Mało tego, okazuje się, ze strona polska była od samego początku informowana przez Rosjan, że żadnych oddzielnych przepustek nie będzie, a członkowie komisji Millera będą mogli jedynie towarzyszyć rosyjskim ekspertom w ich działaniach. Co więcej, z notatek płk. Grochowskiego wprost wynika, że nawet po otrzymaniu przepustek wstępu na teren katastrofy, Rosjanie albo utrudniali albo wprost zabraniali członkom komisji Millera dostępu do wraku samolotu. Zastępca Millera wprost pisał o tym, że działania polskich ekspertów siłą rzeczy ograniczają się do zbierania tego, co podrzucą im Rosjanie!!! Czy można o bardziej dosadny wyraz kompletnej bezradności???


Opublikowane notatki kończą się na 16 kwietnia 2010 roku, ale nie ma to większego znaczenia. Tego dnia Rosjanie przystąpili najpierw do demolowania wraku już na miejscu katastrofy, co z resztą można oglądać na filmikach zamieszczonych w internecie, a następnie do wywożenia jego części na boczną płytę pobliskiego lotniska. Tam wrak został zrzucony na beton niczym kupa złomu, ogrodzony płotem i szczelnie zamknięty. Przez kolejne miesiące, aż do października 2010 roku wrak leżał pod gołym niebem, nieruszany przez nikogo, tym bardziej przez jakichkolwiek, polskich czy rosyjskich ekspertów. Dopiero w październiku, jak pojawiły się pierwsze śniegi, wrak został przykryty brezentem i oponami, a następnie ustawiono nad nim drewnianą wiatę. 


Podsumowując, ujawnione notatki zastępcy samego Millera, płk. Grochowskiego nie pozostawiają żadnych złudzeń. Członkowie komisji Millera mieli niezwykle ograniczony dostęp do samego miejsca katastrofy, nie mówiąc już o wraku prezydenckiego samolotu. Nie ma mowy o tym, aby mogli prowadzić jakiekolwiek badania i analizy technicznego stanu samolotu, a tym bardziej samodzielnych badań, ponieważ wszędzie i przy wszystkim towarzyszyli im Rosjanie. Wszystko to, czym byliśmy karmieni przez mainstreamowe media okazuje się jednym wielkim kłamstwem, mającym przykryć, to że w całym tym rzekomym śledztwie, chodziło tylko i wyłącznie o potwierdzenie wersji rosyjskiej, co z resztą wyraził sam Miller już w dwa tygodnie po katastrofie. 


Komisja badająca katastrofę smoleńską nigdy nie zbadała stanu wraku samolotu 2016-09-18

Przed kilkoma dniami został ujawniony nieznany dotychczas dokument, dotyczący badania katastrofy smoleńskiej. Jest to niby jedynie prosta notatka służbowa przeprowadzona po jednym z wielu spotkań, które odbyły się w związku z działaniami PKBWLLP po katastrofie, ale ze względu na pozycję jej autora, a przede wszystkim na treść zasługuje na szczególną uwagę.


Autorem notatki był szef podkomisji technicznej wchodzącej w skład tzw. komisji Millera, czyli organu rządowego odpowiedzialnego za przygotowanie raportu dotyczącego przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej, Stanisław Żurkowski. Sam dokument został sporządzony w sierpniu 2010 roku, po spotkaniu Żurkowskiego z ekspertami towarzyszącymi polskiemu akredytowanemu przy MAK, Edmundowi Klichowi, czyli osobie przynajmniej teoretycznie posiadającej pełny dostęp do materiału dowodowego oraz czynności podejmowanych przez stronę rosyjską w związku z wyjaśnieniem okoliczności katastrofy, ale także kontrolującą działania polskich ekspertów z komisji Millera. 


Eksperci Klicha postawili członkom podkomisji technicznej komisji Millera szereg ścisłych pytań dotyczących działań podejmowanych przez stronę polską, przede wszystkim tego, jakie badania zostały wykonane i jakie wstępne wnioski mogą z nich wynikać. I teraz najważniejsze - jak wynika z ujawnionej teraz notatki, członkowie podkomisji technicznej mieli w owym sierpniu 2010 roku odpowiedzieć, że nie brali udziału w żadnych badaniach technicznych wraku samolotu, a co za tym idzie nie mają, bo nie mogą mieć żadnych wniosków z tych badań!!! Można się tylko domyśleć, że eksperci Klicha słysząc coś takiego w cztery miesiące po katastrofie musieli się delikatnie mówiąc załamać, chociaż już wcześniejsze doświadczenia z nadzorowania poczytań tak polskich jak i rosyjskich wokół całej sprawy nie napawały optymizmem.


Można się zatem zapytać, cóż takiego robili w Smoleńsku członkowie kierowanej przez Żurkowskiego podkomisji technicznej, jeśli nie prowadzili żadnych badań technicznych? Nie badano ani zachowanych elementów skrzydeł, ani silników, ani instalacji elektrycznej, elektronicznej, hydraulicznej, ani generatorów, ani zachowanych elementów konstrukcji samolotu... Nie badano niczego. Oczywiście można zakładać, że nie była to ich zła wola, ale że zwyczajnie Rosjanie nie wyrażali zgody na tego rodzaju badania, ale w takim razie rodzi się pytanie, dlaczego polscy eksperci nie protestowali, dlaczego nie nagłaśniali tego rodzaju problemów?


Oczywiście, od niedawna zadawanie tego rodzaju pytań jest już całkowicie niepotrzebne. Po ujawnionym nagraniu instrukcji, jakie do członków polskiej komisji skierował jej szef a ówczesny minister spraw wewnętrznych, zgodnie z którymi raport polskiej komisji powinien być zgodny z raportem rosyjskiej komisji, było całkowicie jasne, że polskim ekspertom nie specjalnie będzie zależało na wychylaniu nosa, czy robieniu czegokolwiek, co mogłoby się Rosjanom nie podobać. Jest również jasne, że tak jak treść polskiego raportu powinna być zgodna z rosyjskimi ustaleniami, aby nie wywoływać niepotrzebnych zgrzytów wśród opinii publicznej, tak i w kwestii torpedowania przez Rosjan działań polskiej komisji należało siedzieć cicho z tego samego powodu. 


Dzisiaj były PBWLLP a jednocześnie główny obrońca raportu Millera Maciej Lasek tłumaczyć, że ujawniona notatka Żurkowskiego nie odnosiła się do okresu kwiecień-sierpień, ale wyłącznie do samego sierpnia 2010 roku. Już samo takie postawienie sprawy wskazuje na to, że pan Lasek traktuje odbiorców tego rodzaju komunikatów za ludzi upośledzonych umysłowo, ale nawet to nie jest tu najważniejsze. Kto wie, może jednak z jakiegoś powodu faktycznie pan Żurkowski pytany przez ekspertów Klicha o to czy prowadzili jakiekolwiek badania techniczne w Smoleńsku odpowiadając, że nie miał na myśli wyłącznie sierpień. Brzmi wprawdzie absurdalnie, ale teoretycznie jest to przecież możliwe. Niestety sam pan Żurkowski nam tej sprawy nie wyjaśni, ponieważ już nie żyje. 


Ważna jest natomiast inna rzecz. Bo skoro w istocie jest tak jak mówi pan Lasek, że eksperci komisji Millera faktycznie prowadzili badania techniczne wraku samolotu prezydenckiego w kwietniu i maju 2010 roku, to rodzi się proste pytanie - gdzie są protokoły z tych badań??? Przecież jest rzeczą oczywistą, że z tego rodzaju badań musiały zostać sporządzone protokoły, zawierające informacje na temat tego: kto, kiedy, gdzie, czego i w jakim celu prowadził badania techniczne czy też laboratoryjne, Takie protokoły musiały być podpisywane przez osoby uczestniczące w badaniach oraz podbijane przez stronę rosyjską, jako dysponującą wrakiem. Nie ma zatem możliwości, aby owe protokoły gdzieś wyparowały, jeżeli były sporządzone, to z pewnością znajdują się w archiwach. 


Niestety, pan Lasem zapewniając o tym, że takie badania były prowadzone, nic o tego rodzaju dokumentach nie wspomina, tym bardziej nie mówi nic o tym, jakie wnioski wynikały z przeprowadzonych badań. Wręcz przeciwnie, jedynym "dowodem" na to, że owe badania były prowadzone wg Laska są zdjęcia z miejsca katastrofy, które wykonali członkowie komisji Millera oraz samo to, że byli obecni na miejscu katastrofy... Hmmm... słysząc coś takiego można się zastanawiać czy pan Lasek zachowuje jeszcze kontakt z rzeczywistością, ponieważ jeśli uważa, że robienie zdjęć fotograficznych można nazwać "badaniem technicznym" elementów wraku samolotu, to ręce opadają. 


Także podsumowując wątek. Wyjaśnienie tego czy polscy eksperci faktycznie badali brak samolotu prezydenckiego czy nie jest banalnie proste. Jeśli badali, to muszą znajdować się stosowne protokoły kwitujące tego rodzaju działania, jeśli nie ma takich protokołów, to znaczy, że nie było również badań. Koniec i kropka. 


Dowód na to, że komisja Millera działała pod dyktando Rosji 2016-09-16

Na temat katastrofy smoleńskiej, a ściślej mówiąc na temat późniejszego jej wyjaśniania, wypowiadałem się już wielokrotnie, wskazując albo na absurdy zawarte w oficjalnych rządowych raportach, albo na istotne kwestie, które przez rządowych ekspertów nigdy nie były poruszane, chociaż ich uwzględnienie wyklucza wersję przedstawioną w słynnym raporcie tzw. komisji Millera. To, że polska komisja jedynie pozorowała śledztwo, w rzeczywistości nie specjalnie interesując się ani zebraniem materiału dowodowego, ani analizą pojawiających się wątpliwości, ani zeznaniami naocznych światków katastrofy, to że ostateczne wnioski z raportu właściwie pokrywały się z wnioskami rosyjskiej komisji MAK od dawna wskazywało na to, że komisja Millera nie jest w pełni niezależna i na jej działania mniejszy lub większy wpływ wywiera strona rosyjska.


Do niedawna jednak były to jedynie logiczne spostrzeżenia, wprawdzie mocno ugruntowane w dowodach, na które wskazywały liczne przesłanki i poszlaki, ale nie było bezpośredniego twardego dowodu, który by na to wskazywał. Dopiero ujawnione (PO SZEŚCIU LATACH!!!) nagranie ze spotkania ówczesnego szefa MSW, Jerzego Millera z członkami kierowanej przez niego komisji, rozwiewa wszelkie wątpliwości. Należy podkreślić, że nagranie dotyczy spotkania, które miało miejsce 28 kwietnia 2010 roku, a więc niewiele ponad dwa tygodnie od katastrofy. Już wówczas, jak słyszymy na nagraniu, Miller instruował członków komisji, że w sytuacji, gdyby polski raport różnił się zbytnio od rosyjskiego, to powinien zostać ZMIENIONY, tak aby nie pojawiły się zasadnicze rozbieżności!!!


Po takich słowach szefa komisji, wszelkie późniejsze hasła o niezależności polskiego dochodzenia, o suwerenności polskiej komisji, o rzetelnym badaniu śledztwa, o merytorycznych i apolitycznych wnioskach prac komisji, można schować między bajki braci Grimm. Nagranie stanowi twardy dowód, że już dwa tygodnie po katastrofie, strona polska z góry zakładała, że ostateczne wyniki późniejszych wielomiesięczny prac, nie mogą zbytnio różnić się od wniosków rosyjskich. To przekreśla całkowicie wiarygodność komisji Millera i jej raportu, który jak się okazało, był szyty na miarę tego, co przygotowali Rosjanie. Prawda nie miała tu żadnego znaczenia, mamy dowód na to, że o wszystkim decydowały wyłącznie czynniki polityczne.


W tym kontekście należy w całkiem innym świetle spojrzeć chociażby na sprawę rzekomej obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie i wywierania przez niego nacisków na załogę, które mogły przyczynić się do katastrofy. Kilka miesięcy przed publikacją raportu komisji Millera swój raport przedstawiła rosyjska komisja MAK, w którym podano, że gen. Błasik był w kokpicie, wydawał polecenia załodze, podejmował jakieś decyzje, a w ogóle to był pijany. Naturalnie Rosjanie nie pofatygowali się na przedstawienie jakichkolwiek dowodów na poparcie tak ostrych tez, uderzających w honor dowódcy polskich sił powietrznych. W odpowiedzi na to polski rząd nie tylko nie zaprotestował przeciwko bezpodstawnemu opluwaniu dobrego imienia polskich żołnierzy, ale wręcz przeciwnie premier Tusk publicznie stwierdził, że generalnie raport MAK jest poprawny!!! Po kilku miesiącach światło dzienne ujrzał raport komisji Millera, w którym podobnie jak w rosyjskim raporcie czytamy, że gen. Błasik był w kokpicie, wywierał pośrednią presję na załogę i wydawał określone polecenia związane z lotem. Fragment o rzekomym pijaństwie dowódcy sił powietrznych sobie akurat darowano, ale chyba tylko ze względu na to, że taka przewałka na polskim podwórku byłaby już przesadą. Niemniej jednak, chociaż komisja Millera zdecydowała się powielić haniebne oskarżenia strony rosyjskiej, podobnie jak ona nie przedstawiła żadnych dowodów, które taką tezę by potwierdzały. 


W kolejnych latach pojawiały się nowe ekspertyzy sądowe i policyjne, odnoszące się do analizy fonoskopijnej nagrań z czarnych skrzynek, nagrań z kokpitu i co najważniejsze, żadna z tych analiz nie potwierdzałaby tezy, jakoby gen. Błasik był w kokpicie. Mimo tego, nikt z komisji Millera nie przyznał się do tego, że faktycznie popełniono błąd. Wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu potwierdzana jest ta haniebna teza, chociaż pomimo upływu ponad sześciu lat od katastrofy nikt z komisji Millera, na czele z panem Maciejem Laskiem, nie przedstawił żadnego dowodu, żadnej podstawy do jej przyjęcia!!! Podkreślam, dawno minęło sześć lat od katastrofy, a w dalszym ciągu jedynym argumentem za tym, że gen. Błasik był w kokpicie jest to, że Lasek tak powiedział. 


Dziś, kiedy już wiemy o tym, że badania komisji Millera od samego początku miały potwierdzać tezy zawarte w rosyjskim raporcie, wszystko układa się w spójną całość. Od momentu, gdy MAK publicznie stwierdził, że gen. Błasik był w kokpicie i wpływał na załogę prezydenckiego samolotu, było już jasne, że taka sama teza będzie musiała znaleźć się również w raporcie komisji Millera, tak aby, jak to określił sam Miller na owym spotkaniu z 28 kwietnia 2010 roku, nie rodziły się żadne teorie spiskowe. To czy na poparcie takiej tezy były jakiekolwiek dowody czy przesłanki, nie miało żadnego znaczenia. To, że polska komisja rządowa nie tylko nie wzięła w obronę dobrego imienia polskiego oficera, ale wręcz przyłączyła się do plucia na honor nieżyjącego dowódcy sił powietrznych, było czynem haniebnym w stopniu prawdopodobnie bezprecedensowym w dziejach świata. Ludzi, którzy się do tej hańby przyczynili nie można nazwać inaczej niż zdrajcami, a tak długo jak będą w dalszym ciągu utrzymywać, że było inaczej, będą na dodatek tchórzliwymi zdrajcami, którzy nawet po latach nie mają odwagi przyznać się do winy. 


Dowód na to, że komisja Millera działała pod dyktando Rosji 2016-09-16

Na temat katastrofy smoleńskiej, a ściślej mówiąc na temat późniejszego jej wyjaśniania, wypowiadałem się już wielokrotnie, wskazując albo na absurdy zawarte w oficjalnych rządowych raportach, albo na istotne kwestie, które przez rządowych ekspertów nigdy nie były poruszane, chociaż ich uwzględnienie wyklucza wersję przedstawioną w słynnym raporcie tzw. komisji Millera. To, że polska komisja jedynie pozorowała śledztwo, w rzeczywistości nie specjalnie interesując się ani zebraniem materiału dowodowego, ani analizą pojawiających się wątpliwości, ani zeznaniami naocznych światków katastrofy, to że ostateczne wnioski z raportu właściwie pokrywały się z wnioskami rosyjskiej komisji MAK od dawna wskazywało na to, że komisja Millera nie jest w pełni niezależna i na jej działania mniejszy lub większy wpływ wywiera strona rosyjska.


Do niedawna jednak były to jedynie logiczne spostrzeżenia, wprawdzie mocno ugruntowane w dowodach, na które wskazywały liczne przesłanki i poszlaki, ale nie było bezpośredniego twardego dowodu, który by na to wskazywał. Dopiero ujawnione (PO SZEŚCIU LATACH!!!) nagranie ze spotkania ówczesnego szefa MSW, Jerzego Millera z członkami kierowanej przez niego komisji, rozwiewa wszelkie wątpliwości. Należy podkreślić, że nagranie dotyczy spotkania, które miało miejsce 28 kwietnia 2010 roku, a więc niewiele ponad dwa tygodnie od katastrofy. Już wówczas, jak słyszymy na nagraniu, Miller instruował członków komisji, że w sytuacji, gdyby polski raport różnił się zbytnio od rosyjskiego, to powinien zostać ZMIENIONY, tak aby nie pojawiły się zasadnicze rozbieżności!!!


Po takich słowach szefa komisji, wszelkie późniejsze hasła o niezależności polskiego dochodzenia, o suwerenności polskiej komisji, o rzetelnym badaniu śledztwa, o merytorycznych i apolitycznych wnioskach prac komisji, można schować między bajki braci Grimm. Nagranie stanowi twardy dowód, że już dwa tygodnie po katastrofie, strona polska z góry zakładała, że ostateczne wyniki późniejszych wielomiesięczny prac, nie mogą zbytnio różnić się od wniosków rosyjskich. To przekreśla całkowicie wiarygodność komisji Millera i jej raportu, który jak się okazało, był szyty na miarę tego, co przygotowali Rosjanie. Prawda nie miała tu żadnego znaczenia, mamy dowód na to, że o wszystkim decydowały wyłącznie czynniki polityczne.


W tym kontekście należy w całkiem innym świetle spojrzeć chociażby na sprawę rzekomej obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie i wywierania przez niego nacisków na załogę, które mogły przyczynić się do katastrofy. Kilka miesięcy przed publikacją raportu komisji Millera swój raport przedstawiła rosyjska komisja MAK, w którym podano, że gen. Błasik był w kokpicie, wydawał polecenia załodze, podejmował jakieś decyzje, a w ogóle to był pijany. Naturalnie Rosjanie nie pofatygowali się na przedstawienie jakichkolwiek dowodów na poparcie tak ostrych tez, uderzających w honor dowódcy polskich sił powietrznych. W odpowiedzi na to polski rząd nie tylko nie zaprotestował przeciwko bezpodstawnemu opluwaniu dobrego imienia polskich żołnierzy, ale wręcz przeciwnie premier Tusk publicznie stwierdził, że generalnie raport MAK jest poprawny!!! Po kilku miesiącach światło dzienne ujrzał raport komisji Millera, w którym podobnie jak w rosyjskim raporcie czytamy, że gen. Błasik był w kokpicie, wywierał pośrednią presję na załogę i wydawał określone polecenia związane z lotem. Fragment o rzekomym pijaństwie dowódcy sił powietrznych sobie akurat darowano, ale chyba tylko ze względu na to, że taka przewałka na polskim podwórku byłaby już przesadą. Niemniej jednak, chociaż komisja Millera zdecydowała się powielić haniebne oskarżenia strony rosyjskiej, podobnie jak ona nie przedstawiła żadnych dowodów, które taką tezę by potwierdzały. 


W kolejnych latach pojawiały się nowe ekspertyzy sądowe i policyjne, odnoszące się do analizy fonoskopijnej nagrań z czarnych skrzynek, nagrań z kokpitu i co najważniejsze, żadna z tych analiz nie potwierdzałaby tezy, jakoby gen. Błasik był w kokpicie. Mimo tego, nikt z komisji Millera nie przyznał się do tego, że faktycznie popełniono błąd. Wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu potwierdzana jest ta haniebna teza, chociaż pomimo upływu ponad sześciu lat od katastrofy nikt z komisji Millera, na czele z panem Maciejem Laskiem, nie przedstawił żadnego dowodu, żadnej podstawy do jej przyjęcia!!! Podkreślam, dawno minęło sześć lat od katastrofy, a w dalszym ciągu jedynym argumentem za tym, że gen. Błasik był w kokpicie jest to, że Lasek tak powiedział. 


Dziś, kiedy już wiemy o tym, że badania komisji Millera od samego początku miały potwierdzać tezy zawarte w rosyjskim raporcie, wszystko układa się w spójną całość. Od momentu, gdy MAK publicznie stwierdził, że gen. Błasik był w kokpicie i wpływał na załogę prezydenckiego samolotu, było już jasne, że taka sama teza będzie musiała znaleźć się również w raporcie komisji Millera, tak aby, jak to określił sam Miller na owym spotkaniu z 28 kwietnia 2010 roku, nie rodziły się żadne teorie spiskowe. To czy na poparcie takiej tezy były jakiekolwiek dowody czy przesłanki, nie miało żadnego znaczenia. To, że polska komisja rządowa nie tylko nie wzięła w obronę dobrego imienia polskiego oficera, ale wręcz przyłączyła się do plucia na honor nieżyjącego dowódcy sił powietrznych, było czynem haniebnym w stopniu prawdopodobnie bezprecedensowym w dziejach świata. Ludzi, którzy się do tej hańby przyczynili nie można nazwać inaczej niż zdrajcami, a tak długo jak będą w dalszym ciągu utrzymywać, że było inaczej, będą na dodatek tchórzliwymi zdrajcami, którzy nawet po latach nie mają odwagi przyznać się do winy. 


Czy aby takie WOLNE te wybory 4 czerwca??? 2016-06-04

Pewne wpływowe środowiska wmawiają nam dziś, że powinniśmy z radością i dumą świętować dzień 4 czerwca, jako epokowe wydarzenie, święto wolności, radości, demokracji itp. itd., a kto nie świętuje ten sam siebie sprowadza to poziomu malkontentów widzących świat jedynie w czarnych barwach. Hmmm... Tak tylko chciałem przypomnieć, że owego 4 czerwca 1989 roku, kiedy odbywały się te rzekomo pierwsze wolne wybory, w rzeczywistości 35% miejsc w Sejmie było obsadzonych zanim w ogóle wydrukowano karty do głosowania i komplet tych 35% miejsc przejęli komuniści, a dopiero o kolejne 65% miejsc toczyła się walka wyborcza, w której również strona rządowa dysponowała niemal pełnym monopolem medialnym (nie licząc rodzącej się wówczas Gazety Wyborczej). 


W nawiązaniu do tego, chciałbym zapytać się wszystkich tych, którzy w owczym pędzie wylegną dziś gremialnie na ulice polskich miast, aby świętować ów substytut prawdziwego święta niepodległości, jakim jest 11 listopada, czy dzisiaj również uznaliby za WOLNE wybory, w których na starcie PiS otrzymałby 161 mandatów do Sejmu, a o kolejne 299 toczyłaby się walka wyborcza, w której PiS dysponowałby wszystkimi stacjami telewizyjnymi, wszystkimi rozgłośniami radiowymi, niemal wszystkimi gazetami i tygodnikami opiniotwórczymi, a Internet byłby wyłączony na czas kampanii wyborczej? Dla delikatnej podpowiedzi dodam, że przy takich wynikach, jakie uzyskano w ostatnich wyborach parlamentarnych, PiS mógłby wówczas liczyć na około 313 mandatów i w związku z powyższym mógłby przegłosować sobie dowolną Konstytucję :). Odpowiedzcie sobie zatem na to (ja wiem, wybaczcie, może nazbyt skomplikowane) pytanie, przez moment pomyślcie (tak, tak, to nie boli), a potem zamiast na wiece ludowe idźcie sobie do cienia, bo na słoneczku robi się już trochę niebezpiecznie. 


Na koniec krótka wskazówka - pierwsze wolne wybory miały miejsce 27 października 1991 roku i jeśli już jakieś KOD-y faktycznie chciałyby świętować dzień wolności, to raczej wówczas, bo dzisiaj to dali Bóg, ale nie mam pojęcia jaką wolność świętują :D:D:D


Przykład rażącej manipulacji na stronie Onetu 2016-01-14

Trzeba przyznać, że manipulacji informacyjnej na tak prymitywnym poziomie, jaką dzisiejszego wieczoru popisała się redakcja Onetu nie było już od dawna. Na głównej stronie serwisu czytamy krzyczący tytuł "PiS traci poparcie", podczas gdy po wejściu do artykułu okazuje się, że poparcie dla tej partii w kolejnym sondażu Millward Brown nie dość że nie spadło, to wręcz wzrosło, fakt że tylko o jeden pkt. proc., ale z pewnością nie jest to spadek. 


Cóż, wiadomo od dawna, że Onet nie jest portalem, którzy grzeszyłby obiektywizmem jeśli chodzi o sprawy natury politycznej, jednak trzeba przyznać, że tego rodzaju akcje należały dotychczas do rzadkości. Co jeszcze będziemy obserwować w przyszłości? Robi się naprawdę interesująco. 


Nigdy nie będziesz szedł sam - teledysk 2016-01-07

Jest już możliwość zapoznania się z najnowszym teledyskiem Studia Projekt - Nigdy nie będziesz szedł sam. Serdecznie zapraszam do obejrzenia klipu:


https://www.youtube.com/watch?v=Y1rueNHUMLY


Autorami tekstu oraz realizatorami klipu są członkowie oraz pracownicy Klubu Młodzieżowego "Alternatywa" działającego na warszawskim Bemowie. 


Medialne manipulacje na przykładzie sondażu prezydenckiego 2015-12-28

Ostatni sondaż na zlecenie "Fakt" dotyczący poparcia dla poszczególnych kandydatów w ewentualnych wyborach prezydenckich okazuje się być szalenie interesującym. Ciekawe jest jednak nie tylko to co wynika z tegoż sondażu, ile to, w jaki sposób jest on komentowany w mediach. Najważniejsze informacje zawarte w wynikach badania prowadzonego przez TNS Polska wskazują na to, że Andrzej Duda może liczyć na poparcie 35% wyborców, na drugim miejscu znajduje się Ryszard Petru z poparciem na poziomie 17%, zaś podium zamyka Paweł Kukiz z wynikiem 11%. 


Teraz przyjrzyjmy się temu w jaki sposób te wyniki są komentowane w mainstreamowych mediach, na co zwraca się uwagę i co rzekomo wynika z tych liczb. Otóż okazuje się, że sondaż ma wskazywać na... gwałtownie słabnące poparcie dla Dudy, który już czuje na plecach oddech Petru. Na poparcie tej tezy przywołuje się wyniki z drugiej tury wyborów prezydenckich, gdzie Duda uzyskał ponad 50%.


Istotnie, porównując 51% do 35% można byłoby odnieść wrażenie, że faktycznie poparcie dla urzędującego prezydenta gwałtownie spada. Ale taki wniosek może wynikać tylko przy zastosowaniu absurdalnego założenia, że będziemy zestawiać wyniki drugiej tury wyborów (gdzie było dwóch kandydatów!!!) z wynikami sondażu, w którym uwzględnione zostało poparcie dla wszystkich ewentualnych kandydatów (de facto jest to zatem sondaż pierwszej tury wyborów). Jest to zatem dowodem na to, z jak prymitywną manipulacją medialną mamy tutaj do czynienia.


Przechodząc zatem z poziomu absurdu do rzeczywistości porównajmy wyniki sondażu z wynikami pierwszej tury wyborów prezydenckich i co uzyskujemy? Kandydat PiS wówczas miał poparcie 34,7%, na drugim miejscu był kandydat PO Bronisław Komorowski, który uzyskał 33,7%, na trzecim miejscu znalazł się Kukiz z poparciem na poziomie 20,8%, natomiast kolejni kandydaci nie uzyskali nawet 4% poparcia. 


Oznacza to, że poparcie dla Dudy pozostało na niezmienionym poziomie, ewentualny kandydat PO właściwie stracił znaczenie (aktualnie Grzegorz Schetyna mógłby liczyć na 5%, czyli miałby wynik sześć razy gorszy niż Komorowski na wiosnę), Kukiz stracił połowę swojego elektoratu, natomiast na scenie pojawił się Petru, który i tak osiąga gorszy wynik niż Kukiz na wiosnę. 


Jakie są zatem wnioski jeśli chodzi o rywalizację prezydencką: 1) PiS zachowuje stan posiadania z wiosny, 2) PO spadła do poziomu politycznego planktonu, 3) okres świetności Kukiza mamy już za sobą, choć nadal posiada spore poparcie, 3) lewica w dalszym ciągu praktycznie nie istnieje, 4) Nowoczesna przejmuje elektorat PO, ale w dalszym ciągu jest relatywnie słaba (suma obecnego poparcia dla Petru, Schetyny, Nowickiej i Kośniak-Kamysza jest niższa niż wynik Komorowskiego z wiosny). 


Mówiąc krótko, z jednej strony mamy wciąż bardzo silną i skonsolidowaną stronę rządową oraz silnie rozczłonkowaną i słabą opozycję. Tym samym rzeczywiste wnioski wynikające z sondażu prezydenckiego dla "Fakt" są dokładnie odwrotne od tych, które są przedstawiane w głównych mediach. Czy można o bardziej czytelny przykład manipulacji i wpajania społeczeństwu absurdów?


Absurdalna histeria mediów wokół Trybunału Konstytucyjnego 2015-11-20

Histeria, jaka rozpętała się w ostatnich dniach w niektórych mediach na temat rzekomego "zamachu stanu", jaki miał zostać dokonany na Trybunale Konstytucyjnym, jest doprawdy porażająca. Te same media, ci sami publicyści, ci sami eksperci, którzy dzisiaj wylewają tony łez nad losem polskiej demokracji, pół roku wcześniej słowem nie zająknęły się, kiedy poprzednia władza złamała podstawową regułę dotyczącą wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, mianowicie, że nowych członków wybiera ten Sejm, za kadencji którego wygasa kadencja sędziego.


Ta reguła obowiązywała od dziesiątek lat i dotychczas nikomu to nie przeszkadzało. Dopiero, kiedy późną wiosną 2015 roku stało się jasne, że tym razem PO może stracić władzę, przegłosowano zmiany, które umożliwiały wybór nowych sędziów już w październiku, chociaż kadencja odchodzących sędziów mijała dopiero w grudniu!!! PO razem z PSL zrobiły to w świetle dnia, a główne media w kraju w ogóle nie zainteresowały się tematem. Teraz, kiedy tak naprawdę PiS przy wsparciu Kukiza odwrócił tę sytuację i przywrócił to, co zawsze obowiązywało, to nagle ze wszystkich stron słyszymy o zamachu stanu, a prof. Zoll poszedł już tak daleko, że mówi o zagrożeniu demokracji. 


Ręce opadają... Pozostaje jedynie mieć wiarę, że tym razem, inaczej niż dekadę temu, społeczeństwo nie da się tak łatwo zmanipulować mediom, które już wielokrotnie podważały własną wiarygodność.


Zbiorowy obłęd środowisk lewackich w sprawie imigrantów 2015-11-17

Dzisiejszy wieczór kładzie się kolejny raz cieniem strachu i przerażenia po Europie, czego żywym dowodem jest fakt odwołania meczy piłkarskich: Belgia - Hiszpania oraz Niemcy - Holandia. Niestety, ale należy spodziewać się, że tego rodzaju sytuacji będzie coraz częściej i wbrew pozorom wcale nie koniecznie najbardziej zagrożone będą te widowiska, które będą gromadziły największe zainteresowanie. Istotą terroru nie jest bowiem zgładzenie jak największej liczby ofiar, ale wzbudzenie przerażanie w jak największej liczbie ludzi. Dlatego właśnie bardziej niż w czasie zbliżającego się Gran Derbi spodziewałbym się niebezpieczeństwa na dowolnym innym meczu ligowym rozgrywanym w zachodniej Europie. 


Tylko przez ostatnie trzy miesiące na terytorium UE wpuszczono bez praktycznie żadnej kontroli około miliona przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki, wśród których bez wątpienia są tysiące bojowników Państwa Islamskiego, osób sympatyzujących z terrorystami, lub po prostu osób wychowanych w sposób radykalny w warunkach kultury islamu, dla których kultura europejska jest nie tylko innym światem, ale przede wszystkim światem niemożliwym do zaakceptowania. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że ich celem będzie przeprowadzenie kolejnych ataków terrorystycznych, w których bez wątpienia zginą setki jeśli nie tysiące ludzi. Ofiarami będą przypadkowe osoby, zarówno ci którzy w ideologicznym amoku manifestują solidarność z imigrantami jak i ci, którzy są im przeciwni, ofiarą będzie mógł zostać każdy, kto będzie miał akurat pecha być w złym miejscu o złym czasie. 


W tych okolicznościach, kiedy słyszę wypowiedzi takich osób jak Małgorzata Kidawa-Błońska, Kazimiera Szczuka czy Jacek Żakowski, którzy wzywają do jeszcze większej otwartości na uchodźców, którzy publicznie twierdzą, że bardziej niż terroryzmu obawiają się nastrojów ksenofobii, to naprawdę zastanawiam się już nie tyle nad sensem takich słów, ile nad zdrowiem psychicznym autorów takich wypowiedzi. Niech owi lewicowi trybuni, którzy dzień i noc ostrzegają przed zbrodniczą ksenofobią wskażą owe niezliczone ofiary krwiożerczych nacjonalistów, niech wskażą konkretne akty morderczej nienawiści, zamachy przeprowadzane przez nacjonalistów! A jednocześnie, czy naprawdę są aż tak ślepi, by nie widzieć tego, że jeśli nic się nie zmieni, to za rok, za dwa lata, oni sami mogą zostać całkowicie przypadkowo zamordowani przez tych, których tak bardzo chcą tu sprowadzić? Jak to nazwać inaczej niż zbiorowym obłędem?


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]