dominik-kucinski | e-blogi.pl
_blog dominik-kucinski
Czy aby takie WOLNE te wybory 4 czerwca??? 2016-06-04

Pewne wpływowe środowiska wmawiają nam dziś, że powinniśmy z radością i dumą świętować dzień 4 czerwca, jako epokowe wydarzenie, święto wolności, radości, demokracji itp. itd., a kto nie świętuje ten sam siebie sprowadza to poziomu malkontentów widzących świat jedynie w czarnych barwach. Hmmm... Tak tylko chciałem przypomnieć, że owego 4 czerwca 1989 roku, kiedy odbywały się te rzekomo pierwsze wolne wybory, w rzeczywistości 35% miejsc w Sejmie było obsadzonych zanim w ogóle wydrukowano karty do głosowania i komplet tych 35% miejsc przejęli komuniści, a dopiero o kolejne 65% miejsc toczyła się walka wyborcza, w której również strona rządowa dysponowała niemal pełnym monopolem medialnym (nie licząc rodzącej się wówczas Gazety Wyborczej). 


W nawiązaniu do tego, chciałbym zapytać się wszystkich tych, którzy w owczym pędzie wylegną dziś gremialnie na ulice polskich miast, aby świętować ów substytut prawdziwego święta niepodległości, jakim jest 11 listopada, czy dzisiaj również uznaliby za WOLNE wybory, w których na starcie PiS otrzymałby 161 mandatów do Sejmu, a o kolejne 299 toczyłaby się walka wyborcza, w której PiS dysponowałby wszystkimi stacjami telewizyjnymi, wszystkimi rozgłośniami radiowymi, niemal wszystkimi gazetami i tygodnikami opiniotwórczymi, a Internet byłby wyłączony na czas kampanii wyborczej? Dla delikatnej podpowiedzi dodam, że przy takich wynikach, jakie uzyskano w ostatnich wyborach parlamentarnych, PiS mógłby wówczas liczyć na około 313 mandatów i w związku z powyższym mógłby przegłosować sobie dowolną Konstytucję :). Odpowiedzcie sobie zatem na to (ja wiem, wybaczcie, może nazbyt skomplikowane) pytanie, przez moment pomyślcie (tak, tak, to nie boli), a potem zamiast na wiece ludowe idźcie sobie do cienia, bo na słoneczku robi się już trochę niebezpiecznie. 


Na koniec krótka wskazówka - pierwsze wolne wybory miały miejsce 27 października 1991 roku i jeśli już jakieś KOD-y faktycznie chciałyby świętować dzień wolności, to raczej wówczas, bo dzisiaj to dali Bóg, ale nie mam pojęcia jaką wolność świętują :D:D:D


Przykład rażącej manipulacji na stronie Onetu 2016-01-14

Trzeba przyznać, że manipulacji informacyjnej na tak prymitywnym poziomie, jaką dzisiejszego wieczoru popisała się redakcja Onetu nie było już od dawna. Na głównej stronie serwisu czytamy krzyczący tytuł "PiS traci poparcie", podczas gdy po wejściu do artykułu okazuje się, że poparcie dla tej partii w kolejnym sondażu Millward Brown nie dość że nie spadło, to wręcz wzrosło, fakt że tylko o jeden pkt. proc., ale z pewnością nie jest to spadek. 


Cóż, wiadomo od dawna, że Onet nie jest portalem, którzy grzeszyłby obiektywizmem jeśli chodzi o sprawy natury politycznej, jednak trzeba przyznać, że tego rodzaju akcje należały dotychczas do rzadkości. Co jeszcze będziemy obserwować w przyszłości? Robi się naprawdę interesująco. 


Nigdy nie będziesz szedł sam - teledysk 2016-01-07

Jest już możliwość zapoznania się z najnowszym teledyskiem Studia Projekt - Nigdy nie będziesz szedł sam. Serdecznie zapraszam do obejrzenia klipu:


https://www.youtube.com/watch?v=Y1rueNHUMLY


Autorami tekstu oraz realizatorami klipu są członkowie oraz pracownicy Klubu Młodzieżowego "Alternatywa" działającego na warszawskim Bemowie. 


Medialne manipulacje na przykładzie sondażu prezydenckiego 2015-12-28

Ostatni sondaż na zlecenie "Fakt" dotyczący poparcia dla poszczególnych kandydatów w ewentualnych wyborach prezydenckich okazuje się być szalenie interesującym. Ciekawe jest jednak nie tylko to co wynika z tegoż sondażu, ile to, w jaki sposób jest on komentowany w mediach. Najważniejsze informacje zawarte w wynikach badania prowadzonego przez TNS Polska wskazują na to, że Andrzej Duda może liczyć na poparcie 35% wyborców, na drugim miejscu znajduje się Ryszard Petru z poparciem na poziomie 17%, zaś podium zamyka Paweł Kukiz z wynikiem 11%. 


Teraz przyjrzyjmy się temu w jaki sposób te wyniki są komentowane w mainstreamowych mediach, na co zwraca się uwagę i co rzekomo wynika z tych liczb. Otóż okazuje się, że sondaż ma wskazywać na... gwałtownie słabnące poparcie dla Dudy, który już czuje na plecach oddech Petru. Na poparcie tej tezy przywołuje się wyniki z drugiej tury wyborów prezydenckich, gdzie Duda uzyskał ponad 50%.


Istotnie, porównując 51% do 35% można byłoby odnieść wrażenie, że faktycznie poparcie dla urzędującego prezydenta gwałtownie spada. Ale taki wniosek może wynikać tylko przy zastosowaniu absurdalnego założenia, że będziemy zestawiać wyniki drugiej tury wyborów (gdzie było dwóch kandydatów!!!) z wynikami sondażu, w którym uwzględnione zostało poparcie dla wszystkich ewentualnych kandydatów (de facto jest to zatem sondaż pierwszej tury wyborów). Jest to zatem dowodem na to, z jak prymitywną manipulacją medialną mamy tutaj do czynienia.


Przechodząc zatem z poziomu absurdu do rzeczywistości porównajmy wyniki sondażu z wynikami pierwszej tury wyborów prezydenckich i co uzyskujemy? Kandydat PiS wówczas miał poparcie 34,7%, na drugim miejscu był kandydat PO Bronisław Komorowski, który uzyskał 33,7%, na trzecim miejscu znalazł się Kukiz z poparciem na poziomie 20,8%, natomiast kolejni kandydaci nie uzyskali nawet 4% poparcia. 


Oznacza to, że poparcie dla Dudy pozostało na niezmienionym poziomie, ewentualny kandydat PO właściwie stracił znaczenie (aktualnie Grzegorz Schetyna mógłby liczyć na 5%, czyli miałby wynik sześć razy gorszy niż Komorowski na wiosnę), Kukiz stracił połowę swojego elektoratu, natomiast na scenie pojawił się Petru, który i tak osiąga gorszy wynik niż Kukiz na wiosnę. 


Jakie są zatem wnioski jeśli chodzi o rywalizację prezydencką: 1) PiS zachowuje stan posiadania z wiosny, 2) PO spadła do poziomu politycznego planktonu, 3) okres świetności Kukiza mamy już za sobą, choć nadal posiada spore poparcie, 3) lewica w dalszym ciągu praktycznie nie istnieje, 4) Nowoczesna przejmuje elektorat PO, ale w dalszym ciągu jest relatywnie słaba (suma obecnego poparcia dla Petru, Schetyny, Nowickiej i Kośniak-Kamysza jest niższa niż wynik Komorowskiego z wiosny). 


Mówiąc krótko, z jednej strony mamy wciąż bardzo silną i skonsolidowaną stronę rządową oraz silnie rozczłonkowaną i słabą opozycję. Tym samym rzeczywiste wnioski wynikające z sondażu prezydenckiego dla "Fakt" są dokładnie odwrotne od tych, które są przedstawiane w głównych mediach. Czy można o bardziej czytelny przykład manipulacji i wpajania społeczeństwu absurdów?


Absurdalna histeria mediów wokół Trybunału Konstytucyjnego 2015-11-20

Histeria, jaka rozpętała się w ostatnich dniach w niektórych mediach na temat rzekomego "zamachu stanu", jaki miał zostać dokonany na Trybunale Konstytucyjnym, jest doprawdy porażająca. Te same media, ci sami publicyści, ci sami eksperci, którzy dzisiaj wylewają tony łez nad losem polskiej demokracji, pół roku wcześniej słowem nie zająknęły się, kiedy poprzednia władza złamała podstawową regułę dotyczącą wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, mianowicie, że nowych członków wybiera ten Sejm, za kadencji którego wygasa kadencja sędziego.


Ta reguła obowiązywała od dziesiątek lat i dotychczas nikomu to nie przeszkadzało. Dopiero, kiedy późną wiosną 2015 roku stało się jasne, że tym razem PO może stracić władzę, przegłosowano zmiany, które umożliwiały wybór nowych sędziów już w październiku, chociaż kadencja odchodzących sędziów mijała dopiero w grudniu!!! PO razem z PSL zrobiły to w świetle dnia, a główne media w kraju w ogóle nie zainteresowały się tematem. Teraz, kiedy tak naprawdę PiS przy wsparciu Kukiza odwrócił tę sytuację i przywrócił to, co zawsze obowiązywało, to nagle ze wszystkich stron słyszymy o zamachu stanu, a prof. Zoll poszedł już tak daleko, że mówi o zagrożeniu demokracji. 


Ręce opadają... Pozostaje jedynie mieć wiarę, że tym razem, inaczej niż dekadę temu, społeczeństwo nie da się tak łatwo zmanipulować mediom, które już wielokrotnie podważały własną wiarygodność.


Zbiorowy obłęd środowisk lewackich w sprawie imigrantów 2015-11-17

Dzisiejszy wieczór kładzie się kolejny raz cieniem strachu i przerażenia po Europie, czego żywym dowodem jest fakt odwołania meczy piłkarskich: Belgia - Hiszpania oraz Niemcy - Holandia. Niestety, ale należy spodziewać się, że tego rodzaju sytuacji będzie coraz częściej i wbrew pozorom wcale nie koniecznie najbardziej zagrożone będą te widowiska, które będą gromadziły największe zainteresowanie. Istotą terroru nie jest bowiem zgładzenie jak największej liczby ofiar, ale wzbudzenie przerażanie w jak największej liczbie ludzi. Dlatego właśnie bardziej niż w czasie zbliżającego się Gran Derbi spodziewałbym się niebezpieczeństwa na dowolnym innym meczu ligowym rozgrywanym w zachodniej Europie. 


Tylko przez ostatnie trzy miesiące na terytorium UE wpuszczono bez praktycznie żadnej kontroli około miliona przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki, wśród których bez wątpienia są tysiące bojowników Państwa Islamskiego, osób sympatyzujących z terrorystami, lub po prostu osób wychowanych w sposób radykalny w warunkach kultury islamu, dla których kultura europejska jest nie tylko innym światem, ale przede wszystkim światem niemożliwym do zaakceptowania. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że ich celem będzie przeprowadzenie kolejnych ataków terrorystycznych, w których bez wątpienia zginą setki jeśli nie tysiące ludzi. Ofiarami będą przypadkowe osoby, zarówno ci którzy w ideologicznym amoku manifestują solidarność z imigrantami jak i ci, którzy są im przeciwni, ofiarą będzie mógł zostać każdy, kto będzie miał akurat pecha być w złym miejscu o złym czasie. 


W tych okolicznościach, kiedy słyszę wypowiedzi takich osób jak Małgorzata Kidawa-Błońska, Kazimiera Szczuka czy Jacek Żakowski, którzy wzywają do jeszcze większej otwartości na uchodźców, którzy publicznie twierdzą, że bardziej niż terroryzmu obawiają się nastrojów ksenofobii, to naprawdę zastanawiam się już nie tyle nad sensem takich słów, ile nad zdrowiem psychicznym autorów takich wypowiedzi. Niech owi lewicowi trybuni, którzy dzień i noc ostrzegają przed zbrodniczą ksenofobią wskażą owe niezliczone ofiary krwiożerczych nacjonalistów, niech wskażą konkretne akty morderczej nienawiści, zamachy przeprowadzane przez nacjonalistów! A jednocześnie, czy naprawdę są aż tak ślepi, by nie widzieć tego, że jeśli nic się nie zmieni, to za rok, za dwa lata, oni sami mogą zostać całkowicie przypadkowo zamordowani przez tych, których tak bardzo chcą tu sprowadzić? Jak to nazwać inaczej niż zbiorowym obłędem?


Refleksja po zamachach w Paryżu 2015-11-16

Ostatnie wydarzenia w Paryżu odsłoniły nagą prawdę na temat funkcjonowania tzw. unijnych mechanizmów weryfikacji uchodźców, którzy walą drzwiami i oknami do Europy. Aktualnie można już powiedzieć, że francuska policja potwierdziła, że jeden z zamachowców ledwie miesiąc temu został zweryfikowany zgodnie z tymi właśnie standardami jako "UCHODŹCA". 


Oczywiście można powiedzieć, że był to wypadek przy pracy, luka w systemie, pomyłka... Super... Tylko uwzględnijmy fakt, że tylko w tym roku granice UE przekroczyło grubo ponad półtora miliona imigrantów i niech w przypadku co tysięcznego zajdzie tego rodzaju "pomyłka", to daje nam liczbę około 1500-2000 ludzi. Stawiając sprawę prosto oznacza to, że tylko w tym roku, na teren UE weszło przynajmniej 1500-2000 potencjalnych terrorystów, którzy podobnie, jak zamachowiec z Paryża, przybyli tu wyłącznie po to, aby dokonać zamachu terrorystycznego. 


Co to oznacza? Zamachy w Paryżu zostały przeprowadzone przez grupę kilku-kilkunastu osób, którym udało się zamordować ponad 130 osób, a liczba ofiar z pewnością wzrośnie, ponieważ wielu rannych znajduje się w stanie krytycznym. Oznacza to, że około 2000 terrorystów, którzy tylko w tym roku mogli przedostać się na teren UE, będzie w stanie przeprowadzić około 150 zamachów terrorystycznych w różnych miejscach Europy, w których łącznie życie może stracić około 20 tys. kompletnie niewinnych ludzi. 


Zakładając, że już teraz UE nie zamknie granic przed imigrantami, że w dalszym ciągu będzie prowadziła dotychczasową politykę otwartych drzwi, w przyszłym roku liczba imigrantów może dość nawet do trzech milionów, czyli będzie dwukrotnie wyższa niż w tym roku!!! 


Czy w imię tzw. politycznej poprawności dalej mamy iść w zaparte i powtarzać za lewicowymi mediami, że zamachy terrorystyczne w Europie w żaden sposób nie są związane z imigrantami islamskimi??? Czy w imię chorej ideologii multi-kulti mamy narażać na śmierć dziesiątki tysięcy ludzi, mamy przekształcić europejskie miasta w pole bitwy, mamy narażać siebie i nasze dzieci na śmierć, porwania, gwałty, napady? Kto jest na to tak naprawdę gotowy???


Polska i tak ma szczęście, że nie jest rozpoznawalnym państwem, dzięki czemu nie jesteśmy atrakcyjnym państwem z punktu widzenia organizacji terrorystycznych. Sprawa wygląda tak, że przeprowadzenie zamachu w Polsce się po prostu nie opłaca, ponieważ reakcja światowej opinii publicznej byłaby zerowa... Nie oszukujmy się, ale większość ludzi na świecie nie ma pojęcia gdzie leży Polska i zapewne nie wie w ogóle o istnieniu takiego miasta jak Warszawa. Zamach w Polsce wywołałby podobne poruszenie, jak kolejny zamach w Bagdadzie. 


Niemniej jednak, należy oczekiwać że ta sytuacja będzie się z czasem zmieniać. Za kilka lub kilkanaście miesięcy również przeprowadzanie kolejnego zamachu w Paryżu, Londynie czy Berlinie przestanie być aż tak bardzo "atrakcyjne" dla terrorystów, dlatego niewykluczone, że pokuszą się o inne cele: Pragę, Budapeszt, Sztokholm... czemu nie Warszawę? Czy jesteśmy na to gotowi? I w imię czego to heroiczne poświęcenie?


Skandaliczne słowa Żakowskiego na temat Kiszczaka 2015-11-06

Jacek Żakowski wielokrotnie już dowodził tego, że jego opinie są delikatnie mówiąc kontrowersyjne, ale ostatnia wypowiedź, dotycząca Czesława Kiszczaka oraz jego pogrzebu, przebija wszystkie dotychczasowe. Poprawność polityczna nakazuje wobec zmarłego milczenie lub mówienie w pozytywnym świetle, jednak w przypadku niektórych postaci doprawdy trudno taką zasadę zachować, a wręcz wydaje się, że trzymanie się jej byłoby wręcz szkodliwe i demoralizujące. Nie znam Kiszczaka od strony prywatnej, więc nie mogę się na ten temat wypowiadać, natomiast od strony publicznej, właściwie nie można znaleźć ani jednego słowa pozytywnego, którym można byłoby określić tę postać, a milczenie o jego zbrodniach byłoby nawet nie tyle co niesprawiedliwością, co wręcz bezczelnością.


Właściwie całe swoje dorosłe życie poświęcił ślepej służbie zbrodniczemu systemowi, od młodych lat działał w informacji wojskowej, a później prawie całą karierę w wojskowej służbie wewnętrznej, czyli właściwie w samym epicentrum zła systemu komunistycznego. Nie ma cienia wątpliwości co do tego, że od początku doskonale orientował się w naturze tego systemu, wiedział o dokonywanych zbrodniach, sam był członkiem jednego z najbardziej śmiercionośnych jego narzędzi. Sam fakt, że w schyłkowym okresie stalinizmu został oddelegowany do usunięcia z czynnej służby w wieku niespełna 30 lat jest niezwykle wymowny, biorąc pod uwagę, że w tym okresie usuwano z władz ludzi najbardziej skompromitowanych stalinowskimi zbrodniami. 


Prawdziwym zwieńczeniem jego wojskowej kariery było przygotowanie i wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku. O ile Jaruzelski był głową stanu wojennego, o tyle Kiszczak był jego rękami, to on sprawował rzeczywistą władzę wykonawczą, to on z zimną krwią i z pełną premedytacją szykował polskie wojsko, polskich żołnierzy do walki z polskim społeczeństwem. Ciężko w całej, bogatej przecież, polskiej historii szukać ludzi bardziej zdegenerowanych od tej pary: Jaruzelski - Kiszczak, ludzi w pełni poświęconych wyłącznie karierze, o zniewolonych umysłach, zdegenerowanych. Do samego końca swojej publicznej aktywności zaangażowanych w tuszowanie popełnionych zbrodni oraz w ochronę tych, którzy te zbrodnie popełniali. 


I dziś, kiedy ten człowiek odszedł wreszcie z ziemskiego padołu, jeden z głównych polskich publicystów, wspomniany Jacek Żakowski, twierdzi, że Kiszczak był oceniany niesprawiedliwie, że sądziliśmy go za drobiazgi, że zasłużył na pogrzeb z honorami... Brak słów... Po prostu brak słów, tym bardziej, że pan Żakowski doskonale wie, kim był Kiszczak i co zrobił. Panu Żakowskiemu dobrze by zrobiło, gdyby stanął twarzą w twarz przed rodzinami osób zamordowanych w wyniku działań tego "człowieka honoru" i spróbował powtórzyć im to prosto w oczy. Czy rzeczywiście jest na tyle zdegenerowany, aby się na coś takiego zdobyć?


Kilka wniosków tydzień po wyborach 2015-11-04

Ponad tydzień po ogłoszeniu ostatecznych wyników wyborów można już na spokojnie spojrzeć na nową polityczną rzeczywistość. Okazało się, że pomysł robienia medialnego szumu wokół Partii Razem w ostatnich dniach kampanii wyborczej kompletnie nie wypalił i chociaż faktycznie partia ta podwoiła swoje sondażowe poparcie to do Sejmu i tak nie weszła, a zabrała poparcie Zjednoczonej Lewicy, efektem czego ta nie weszła do Parlamentu. W ten sposób, rozemocjonowana szarża Zandberga na ostatniej prostej kampanii doprowadziła do całkowitego wyeliminowania lewej strony sceny politycznej z Parlamentu i jednocześnie zagwarantowała spektakularny sukces prawicy. Jak nic - Zandberg powinien otrzymać tytuł "Człowieka Roku" Gazety Polskiej oraz honorowego członka Prawa i Sprawiedliwości, bo niewiele osób zrobiło tyle dobrego dla tej partii co on. 


Kolejna rzecz na którą trzeba zwrócić uwagę to zmiana geografii politycznej Polski. Owszem, w dalszym ciągu tereny dawnego zaboru rosyjskiego i austriackiego opowiadają się zdecydowanie za PiS, gdzie partia ta często zdobywała połowę głosów, natomiast charakterystycznym jest fakt, swoistego desantu, jaki PiS przeprowadził na terenie Dolnego i Górnego Śląska, Kujawach, Kaszubach, ale także znacznym obszarze Pomorza Zachodniego i Mazur. Mówienie tym samym o wyraźnym podziale na Polskę A i Polskę B, jaki próbowały wygenerować w zbiorowej świadomości polskiego społeczeństwa główne media, stało się delikatnie mówiąc nieaktualne. 


To samo dotyczy rozkładu preferencji politycznych ze względu na podstawowe kategorie społeczno-ekonomiczne. Dotychczas twierdzono, że PiS to partia populistyczna, która może budować swoje poparcie wyłącznie na naiwności ludzi starszych, słabo wykształconych, pochodzących ze wsi, a najwyżej z niewielkich miejscowości. Tym razem okazało się, że PiS wygrał zarówno wśród najmłodszych kategorii wiekowych, wśród osób z wyższym wykształceniem i wśród mieszkańców największych miast. Oznacza to, że przynajmniej w dniu wyborów Polacy w znacznie mniejszym stopniu niż dotychczas wyglądali jak przedstawiciele dwóch zwalczających się plemion, co daje podstawy do tego, że odbudowa wspólnoty narodowej jest możliwa. W tym miejscu ważne jest zachowanie tych, którzy przegrali, zarówno dotychczas rządzącej partii jak i wspierających ją mediów, ponieważ to one w ostatnich miesiącach ograniczyły swój przekaz przede wszystkim do budowania atmosfery wrogości czy wręcz paniki i strachu. Pierwszy raz w sposób tak ordynarny spotkaliśmy się z nieprawdopodobną kampanią szczucia społeczeństwa, tworzenia atmosfery zagrożenia. Przekaz partii oddającej władzę sprowadzał się niemal wyłącznie do straszenia ludzi, co to się nie stanie, jeśli PiS dojdzie do władzy, czego rekordem stała się słynna już "republika wyznaniowa". Warto bacznie zwracać uwagę na to, co dalej się wydarzy, jakie tematy będą intensywnie forsowane w dotychczas prorządowych mediach.


I w końcu kolejna rzecz - pytanie o dalsze losy PO. Podwójna klęska wyborcza, najpierw na wiosnę w wyborach prezydenckich, a teraz na jesieni w wyborach parlamentarnych, utrata władzy, a przede wszystkim utrata wizerunku i celu istnienia, sprawiają, że istotnie można zadać pytanie o to, czy PO jest w stanie przetrwać chociaż jeden rok jako partia opozycyjna. Ośmioletnie rządy właściwie oduczyły tą partię, a przede wszystkim jej działaczy od funkcjonowania oderwanego od zysków wynikających z rządowych fruktów. PO dokonała rzeczy fenomenalnej, ponieważ ze swojej bezideowości i bezprogramowości zdołała uczynić cnotę, która o ile sprawdzała się w warunkach sprawowania władzy przy gigantycznym wsparciu medialnym, o tyle nie ma żadnego zastosowania w warunkach opozycji. Cóż swoim członkom może obecnie zaoferować partia, która od lat konsekwentnie powtarzała, że program i światopogląd to okowy, które krępują swobodę działania i jako takie są zbędne? PiS mógł trwać w opozycji właściwie w nieskończoność i dalej by trwał, ponieważ jego członków cementowała bardzo silna ideowość. W przypadku PO czegoś takiego absolutnie nie ma, jedyną ideą było możliwie pełne uwłaszczenie się na państwowych posadach, co właśnie straciło rację bytu... Pytanie zatem, czy również ta partia straciła rację bytu?


Jest to pytanie tym bardziej zasadne, że od pół roku na scenie politycznej funkcjonuje już swoisty klon dawnej PO, tej sprzed dziesięciu lat, partii centrowej światopoglądowo i liberalnej ekonomicznie, partii nieuwikłanej w zdegenerowane rządy, partii wnoszącej świeżość i energię w życie polityczne. Istotnie, pod wieloma względami Nowoczesna.pl stanowi kopię dawnej PO. Nie ma jeszcze takich struktur, nie ma takiego wsparcia medialnego, nie ma takich indywidualności, ale ma podobny potencjał i charakterystykę. Dzisiaj opublikowany sondaż IBRiS wskazuje na to, że poparcie dla PO spadło już poniżej 20%, podczas gdy Nowoczesna.pl może pochwalić się poparciem na poziomie 12%. Oznacza to, że dystans między spróchniałą PO a nową jej wersją skurczył się do ledwie kilku punktów procentowych. Co ważniejsze, PO stoi w przededniu wewnętrznych wyborów władz partii i już słychać, że walka o władzę będzie wyniszczająca, nie tylko dla kandydatów na szefa partii, ale także dla niej samej. Sytuacja PO może ulec jeszcze większemu pogorszeniu, kiedy przedstawiciele nowej władzy dorwą się do urzędów a przede wszystkim do archiwów poszczególnych instytucji państwowych. PO przez lata z iście kuglarską zdolnością zamiatała kolejne afery pod dywan, ale przecież po każdej z nich musiał pozostać ślad w archiwach i dokumentach. Możliwe, że faktycznie już teraz zaczęło się wielkie czyszczenie, niszczenie dokumentów, dokładnie tak jak miało to miejsce w 1989 i 1990 roku, ale zawsze coś zostanie. Państwowe urzędy i archiwa mogą być zatem pełne przysłowiowych trupów w szafie, które nagle się wysypią doprowadzając do ostatecznego zdruzgotania wizerunku partii dotychczas rządzącej. 


Jesteśmy z pewnością świadkami wielkiego przesilenia na polskiej scenie politycznej, otwarcia całkiem nowego rozdziału w polskiej historii politycznej. Głównym rozdającym jest w tym momencie PiS, mówiąc Wyspiańskim partia ta dostała właśnie złoty róg i czapkę z piór, pytanie tylko, co z tymi atrybutami zrobi? Jeśli uniknie błędów sprzed dziesięciu lat ma szansę na dokonanie trwałej zmiany w sposobie funkcjonowania państwa, jeśli jednak pogubi się w wewnętrznych sporach oraz ulegnie medialnym prowokacjom, które z pewnością będą miały miejsce, wówczas szybko może dojść do zaprzepaszczenia tej szansy, prawdopodobnie na bardzo długie lata. 


Dlaczego media nagle zafascynowały się Zandbergiem? 2015-10-22

Od wtorkowej debaty liderów, główne media wręcz oszalały na punkcie Adriana Zandberga, człowieka reprezentującego kanapową Partię Razem, której poparcie w sondażach waha się na poziomie około 1%. Wbrew wszystkim sondom internetowym, które jednoznacznie wskazały, że debatę wygrał Janusz Korwin Mikke, media wmawiają ludziom, że zwycięzcą był chłopaczek, który bardziej niż polityka przypominał studenta politologii na egzaminie poprawkowym.


Pan Adrian nie powiedział nic interesującego. Właściwie poza wytykaniem patologii polskiego państwa, które wszyscy znamy, nie wskazał żadnego konkretnego rozwiązania tych patologii. Owszem, niewątpliwym jego sukcesem było to, że w ogóle został zaproszony na debatę, co swoją drogą jest mocno kontrowersyjne, ponieważ dzięki temu ktokolwiek o nim usłyszał. Tak, to z pewnością sukces! 


Pojawia się zatem naturalne pytanie, dlaczego w takim razie głównym mediom tak bardzo zależy na robieniu z niego nowej gwiazdy polskiej polityki? Być może jest to naturalny dla mediów element kreowania newsu, który swoją absurdalnością może zwrócić uwagę znudzonych tematami politycznymi czytelników i widzów. Obawiam się jednak, że działania te bardziej niż ze względów komercyjnych wynikają z określonej strategii politycznej. Jakiej?


Osoby bardziej zainteresowane sprawami politycznymi oraz ordynacją wyborczą, wiedzą o tym, że w wyborach proporcjonalnych przy określonym progu wyborczym, partia zwycięska uzyskuje największy bonus, dzięki czemu otrzymuje większy odsetek mandatów w Sejmie niż procent, jaki uzyskała w samych wyborach. Wielkość tej bonifikaty zależy w dużej mierze od odsetka głosów oddanych na partie, które nie przekroczą progu wyborczego, na zasadzie, że im więcej głosów zostanie "zmarnowanych" tym większy bonus uzyska partia zwycięska. 


Od dłuższego już czasu wiadomo, że w tych wyborach nie chodzi już o to, kto je wygra, ale czy partia zwycięska uzyska większość mandatów w Sejmie. Główne media, które od dłuższego już czasu przestały dbać choćby o pozory bezstronności politycznej, usilnie walczą o to, aby PiS nie mógł dojść do władzy, mają już świadomość, że jedyną szansą na to, nie jest wspieranie innych partii, ale walenie w PiS. Można to robić bezpośrednio licząc na osłabienie wyniku wyborczego, lub pośrednio licząc właśnie na zmniejszenie potencjalnej bonifikaty wynikającej z przejęcia zmarnowanych głosów. 


Niewykluczone wobec tego, że pewnym środowiskom zależy na tym, aby Partia Razem, która do tej pory wahała się na poziomie błędu statystycznego niespodziewanie uzyskała wymagane 5% i w ten sposób zmniejszyła pulę głosów zmarnowanych czyli bonifikatę dla zwycięzcy. Gdyby to się udało i gdyby próg przekroczył również Petru, Mikke, Kukiz, PSL i ZL, wówczas bonus zwycięzcy będzie niewielki, co wykluczy możliwość uzyskania przez PiS większości w przyszłym Sejmie. Oczywiście, powstanie takiej sytuacji wykluczy możliwość stworzenia jakiegokolwiek rządu, wobec czego i tak będą czekały nas kolejne wybory bądź całkowita degrengolada polityczna, ale to już tych środowisk nie interesuje - liczy się wyłącznie to, aby jak najbardziej odłożyć w czasie moment, w którym powstanie rząd PiS. 


Wydaje się jednak, że tego rodzaju strategia, polegająca na pompowaniu poparcia dla partii, które są na granicy progu wyborczego lub pod nim, może okazać się tragiczna dla tych środowisk, ponieważ może okazać się, że ostatecznie kilka z tych partii nie uzyska wymaganego poparcia i nie wejdzie do Sejmu, zasilając pulę głosów zmarnowanych. Wystarczy aby ZL uzyskała 7,8%, Nowoczesna i Korwin 4,8%, Razem 2% blisko 20% głosów przepadło. Wówczas większość z tych głosów przejdzie na partię, która wygra wybory, a tym samym gdyby nawet PiS uzyskał poparcie na poziomie 33-35%, co jest wielce prawdopodobne, zdobędzie samodzielną większość w Sejmie i będzie mógł stworzyć własny rząd. 


Jak się sprawy potoczą, zobaczymy już w niedzielę, no może w poniedziałek, albo we wtorek, zależnie od sprawności PKW. 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]